
Tytuł: Skarga
Autor: Jan B. Bełkowski
Cykl: Komisarz Laskowski i podkomisarz Bereszyn (tom 3)
Wydawnictwo: Pascal
Data premiery: 26.08.2026
Liczba stron: 284
Ostatnie wpisy:
- Lektura mocna, trzymająca w napięciu, z zakończeniem wbijającym w fotel!
- To zdecydowanie lektura dla czytelników o mocnych nerwach
- Lektura dla amatorów mrocznych wrażeń
- Solidny, rzetelny i mocno wciągający kryminał policyjny!
- To trzymająca w napięciu lektura – idealna na ten czas!
- W „Ósmej ofierze” Katarzyna Bester skutecznie i z premedytacją myli tropy!
- Dwa rodzeństwa, Bieszczady i noc, która zmieniła wszystko!
- Wciąga swym mrokiem - recenzja książki "Abyss"
- Przerażająca gra wywiadów o najwyższą stawkę
- Pasjonująca przygoda z bursztynem w roli głównej!
Skarga
Jan B. Bełkowski
Nadszedł czas rozliczeń.W świątyni kościelny znajduje zwłoki księdza. To szósta ofiara mordercy, który od roku terroryzuje dolnośląską Posawę. Giną wpływowi ludzie – znany deweloper, rektor uczelni, wysoko postawiony polityk. Przy każdym ciele sprawca zostawia fragment kazań Piotra Skargi – XVI-wiecznego kaznodziei piętnującego grzech, chciwość i moralny upadek elit.
Miejscowa policja bezskutecznie próbuje schwytać zabójcę. Gdy śledztwo grzęźnie w martwym punkcie, do akcji wkraczają policjanci z Komendy Głównej – komisarz Jakub Laskowski i podkomisarz Aleksandra Bereszyn. Szybko odkrywają, że ofiary nie były przypadkowe. Każda z nich skrywała tajemnice, a kolejne tropy prowadzą do wydarzeń, o których najważniejsi mieszkańcy wolą milczeć.
Jak Skarga – tak go nazwały media – wybiera swoje ofiary?
Kto będzie następny?
Czy policjanci zdołają go powstrzymać, zanim zabije ponownie?
O autorze:
Urodzony we Włocławku, studia odbył na UMK w Toruniu, a obecnie mieszka na warszawskiej Ochocie. Z wykształcenia socjolog, z zamiłowania historyk, zawodowo zajmuje się public relations i public affairs. W marzeniach – pierwszy człowiek na Marsie. Ojciec dwójki dzieci i cierpliwy opiekun jednego psa. Uwielbia niezdrowe jedzenie, granie w Ryzyko, Monty Pythonów, Tolkiena oraz wędrówki po górach i lasach.

FRAGMENT:
Kościół Świętego Sebastiana
[20 marca, bardzo wcześnie rano]
Z odrętwienia wyrwało go bicie dzwonów.
Zorientował się, że zamiast wysiąść z wyziębiającego się szybko auta, siedzi i wpatruje się przez zaparowaną szybę w ledwie widoczną bryłę kościoła. Zabytkowy budynek, który w swojej kilkusetletniej historii widział już niejedną tragedię, był pogrążony w mroku, rozpraszanym tylko przez słabe światła nad głównym wejściem.
Spojrzał na zegarek. Była 6.00. Westchnął ciężko i wyjął kluczyki ze stacyjki. Gdy wysiadł z samochodu, zawieszenie odetchnęło z wyraźnie słyszalną ulgą. Kolejny sygnał, aby się za siebie wziąć, tym razem wysłany nie przez własny organizm, a przez beznamiętnie uczciwą maszynę. Chwilę później trzaśnięcie drzwiami na pogrążonej w ciemnościach ulicy zabrzmiało jak wystrzał. Rozejrzał się, jakby oczekując, że w oknach okolicznych kamieniczek zapalą się światła, a rozgniewani mieszkańcy obrzucą go wyzwiskami.
Nic się jednak nie stało. Dzwony nawołują do modlitwy, a miasto nadal śpi, pomyślał ze smutkiem. Syte, zadowolone, z poczuciem, że zostało rozgrzeszone za wszystko. Ci, którzy mogli, wypełniali sensem życie w skąpanych w świetle galeriach handlowych na obrzeżach miasta. Biedniejszym zostawało tanie piwo i podglądanie życia bogaczy w telewizji. Gdy o tym pomyślał, przypomniał sobie Springsteena śpiewającego 57 Channels (and Nothin’ On). Nic od czasów Bossa się nie zmieniło, a nawet jeśli, to tylko na gorsze. Do papki serwowanej przez telewizję doszła jeszcze ta w telefonach.
Jeśli to wami nie wstrząśnie, to chyba już nie ma nadziei – wymamrotał, przenosząc wzrok na kościelne wzgórze. Podkomisarz Justyn Więcek wiedział jednak doskonale, że nie wstrząśnie i że nie ma żadnej nadziei. A przynajmniej on ją już dawno utracił. Ludzie pogadają, poplotkują, a przede wszystkim w komentarzach w mediach społecznościowych wyrażą swoje oburzenie bezradnością policji. Ruszyć się nie chciało na referendum, to i teraz nie oderwiecie się od ogłupiających ekranów, pomyślał, wspominając nieudaną próbę odwołania skorumpowanego i nieudolnego prezydenta miasta. Chociaż trzeba przyznać, że w niektórych obszarach ten akurat urzędnik wykazywał się wyjątkową skutecznością, o czym mogliby zaświadczyć zarówno jego doradca podatkowy, jak i liczny zastęp byłych, w większości straumatyzowanych asystentek.
Od razu po wyjściu z pojazdu zimno i wilgoć przeniknęły go do szpiku kości. Zima bywa bezlitosna, a im jesteś starszy, tym szybciej przychodzi i dłużej trzyma. Po raz kolejny w ostatnich miesiącach przyszło mu na myśl, że ma coraz większą ochotę siedzieć przy biurku w regularnych godzinach i przekładać papiery, zamiast o świcie oglądać zmaltretowane zwłoki. Już dawno przestał czuć w takich sytuacjach rozgrzewającą ekscytację. Zamiast tego coraz częściej była rezygnacja i rutyna.
Ale ten przypadek wydawał się inny.
Ze złością zauważył, że zapomniał z domu rękawiczek, włożył więc ręce do kieszeni spodni w marnej próbie ich ogrzania. Bicie dzwonów ustało, gdy przechodził przez uchyloną bramę. Zadarł głowę, na próżno próbując je dojrzeć na wieży we mgle. Czy wtedy, rok temu, dźwięk dzwonów również było słychać? Nie potrafił sobie tego przypomnieć. Nie pamiętał większości rzeczy, które się tamtego dnia wydarzyły. Na pewno był w szoku, a poza tym… A poza tym od tego czasu dużo się wydarzyło, nawet w Posawie.
Podszedł do potężnych drewnianych drzwi kościoła, osadzonych na masywnych zawiasach. Wrota były ozdobione skomplikowanym roślinnym ornamentem z brązu. Kojarzył z jakiegoś folderu promującego zabytki miasta, że drzwi są równie stare jak kościół. Czyli bardzo stare, jeśli wierzyć mosiężnej tablicy zawieszonej obok wejścia. I drzwi, i kościół pamiętały jakiegoś piastowskiego księcia, co – zdaniem niektórych – potwierdzało polskie korzenie Posawy. Zdaniem innych fakt, że żony księcia pochodziły kolejno z Hesji, Frankonii i Brandenburgii, a on sam po polsku potrafił co najwyżej zażądać czynszu od swoich chłopskich poddanych, świadczył o co najmniej skomplikowanym losie dolnośląskiego miasta.
Już miał chwycić za klamkę, kiedy drzwi się otworzyły. Odsunął się nieco, aby uniknąć uderzenia.
– O, jesteś. – Młodszy aspirant Adrian Borycki wydawał się zaskoczony widokiem Więcka. – Wyskoczyłem na fajkę – dodał.
– Nie wiesz, że palenie skraca życie?
– Bycie księdzem też skraca – zauważył przytomnie Borycki i skinął głową w stronę wnętrza świątyni.
Podkomisarz coś niezrozumiale wymamrotał i minął go w drzwiach.
– Dobra, później zapalę – bąknął niezadowolony Borycki. Wiedział, że z Więckiem, zwłaszcza obudzonym w środku nocy, nie ma żartów. Zamknął drzwi i podążył za podkomisarzem.
Znajome wnętrze kościoła było pogrążone w półmroku, nieco rozpraszanym przez lampki regularnie rozmieszczone wzdłuż bocznych naw. W powietrzu czuło się zapach kadzideł i starego drewna. Po kilku krokach Więcek przystanął i się rozejrzał. Niemal równo rok temu stał przed głównym ołtarzem, nieporuszony, z pustym wzrokiem i prawą ręką spoczywającą na ramieniu swojego przyjaciela, nauczyciela zawodu i przełożonego.
Borycki spojrzał na niego z niepokojem i odważył się w końcu przerwać ciszę.
– To tam. – Wskazał gestem ukryty za potężnymi kolumnami boczny ołtarz i nieśmiało ruszył w jego stronę.
Więcek drgnął, po czym bez słowa podążył za nim. Echo zwielokrotniało odgłos kroków, gdy przemierzali świątynię.
– Dzień dobry, panie podkomisarzu – rzucił funkcjonariusz w mundurze. Wyraźnie zmarznięty, siedział na ławce obok konfesjonału, przyglądając się ze znudzeniem pracy techników rozkładających kilka metrów dalej lampy i zaznaczających ślady na posadzce. – Tak po prawdzie, to zimno jak w psiarni.
– No to lepiej nie mogliśmy trafić.
Więcek delikatnie się uśmiechnął, doceniając żart Boryckiego.
– Prawdomówność jest w naszej profesji najważniejsza, ale coraz rzadziej spotykana… Kto go znalazł? – zapytał, wskazując na zwłoki.
– Kościelny. Jak co rano przyszedł otworzyć kościół i zapalić świece – wyjaśnił Borycki, uprzedzając przemarzniętego mundurowego. – Pierwsza msza o 6.30.
– Nie mógł przy okazji włączyć ogrzewania? – Więcek złożył dłonie w pięści i próbował je rozgrzać oddechem.
Mimowolnie rozmawiali półgłosem, chociaż w świątyni nie było nikogo, komu mogliby przeszkadzać.
– Ogrzewanie hajcuje cały czas, ale wiesz, jak to jest w tych średniowiecznych kościołach. Nie da się ich dogrzać. – Borycki bezradnie wzruszył ramionami.
Więcek spojrzał na zegarek.
– Mówisz, że 6.30? To zaraz się zaczną ludzie schodzić.
– Pewnie zaczną.
– Pewnie nie powinniśmy im na to pozwolić. – Więcek nie mógł sobie odmówić odrobiny sarkazmu.
– No przecież na zewnątrz stoi Maciejewski – rzucił starszy aspirant.
– Nikogo nie widziałem. A Maciejewskiego trudno przeoczyć.
– Może poszedł się ogrzać do radiowozu – zasugerował mundurowy.
Więcek wypuścił z irytacją powietrze.
– To weź go namierz – wskazał palcem na skostniałego z zimna policjanta – i we dwóch pilnujcie, żeby nikt tu nie wlazł. Tylko tego nam brakuje, rozhisteryzowanych dewotek.
Funkcjonariusz z wyraźną niechęcią podniósł się z ławki.
– Główne wejście i to boczne też – dodał Więcek ostrym tonem. Nie podobała mu się ospałość tego policjanta. Żaden z nich nie chciał tutaj być i odmrażać sobie tyłka. – Rozmawiałeś z tym kościelnym? – zwrócił się do Boryckiego.
– Przez chwilę.
– No i?
– Jest w szoku i ledwie kontaktuje. – Borycki wzruszył ramionami. – Ale coś udało się ustalić. Był w kościele wczoraj około 19.00. Potem poszedł do domu i resztę wieczoru spędził z żoną oraz córką, a rano przyszedł tutaj.
– Świetna historia, Borygo, nie ma się do czego przyczepić.
Borycki ponownie wzruszył ramionami.
– Nic na to nie poradzę, że życie praworządnych obywateli jest zazwyczaj nudne. Odpowiadając na pytanie, które jeszcze nie padło: nic nie widział, nic nie słyszał, nie zauważył niczego niezwykłego.
– Zadzwoń po magików od komputerów. Niech zabezpieczą monitoring, w kościele i dookoła. Gdzie on teraz jest?
– Kościelny? W zakrystii. Wójcicki go pilnuje.
– Przed czym? – zdziwił się podkomisarz.
– Ogólnie go pilnuje, bo facet wygląda na takiego, co za chwilę zejdzie na zawał.
Podkomisarz rozejrzał się dookoła.
– Skoro kościelny jest w takim stanie, to kto bił przed chwilą w dzwony?
– Nie wiem. Automat?
– Automat? – powtórzył podkomisarz jak echo.
– A myślałeś, że to ktoś za te liny ciągnie kilka razy dziennie? – Borycki był o krok od parsknięcia śmiechem, ale w ostatnim momencie się zreflektował z kim, gdzie i w jakich okolicznościach rozmawia. – Jest dwudziesty pierwszy wiek. Może nie udało nam się zautomatyzować pracy w fabrykach, ale kościoły mamy nowoczesne.
– Raczej nie bywam w kościele, jeśli nie muszę.
Stwierdzenie podkomisarza zawisło w powietrzu. Krępującą ciszę przerwał po chwili technik, włączając kolejną lampę. Zmrużyli oczy, bo zakątek świątyni, w którym byli, błyskawicznie wypełnił się jaskrawym światłem.
– Zasadniczo gotowe, panie komisarzu. Ale patrzcie pod nogi, bo może trafi się jeszcze jakiś ślad krwi, który przegapiliśmy i nie oznaczyliśmy. I zwróćcie uwagę na tę smugę. Najwyraźniej księdza kawałek przeciągnięto. No ale ostrożnie można podejść i się przyjrzeć… Piotrek jeszcze cyknie kilka zdjęć.
Więcek skinął na Boryckiego. Powoli podeszli do ciała leżącego na kamiennej posadzce.
– Justyn, czy ja dobrze kojarzę? Ten ksiądz… to on odprawiał wtedy mszę? Przepraszam za pytanie, ale wiesz…
Podkomisarz w milczeniu przytaknął ruchem głowy. Oczywiście pamiętał księdza, ale nie potrafił sobie przypomnieć jego nazwiska. Błęcki? Błędecki? Nazwiska nie był w stanie przywołać, ale doskonale wiedział, że podobno był potwornie chciwy.
– Widzisz? – Borycki wskazał na kartkę leżącą na klatce piersiowej ofiary.
– Widzę – potwierdził Więcek.
– To samo, co zwykle?
Odpowiedzi nie było, bo wydawała się zbędna. Cierpliwie czekali, aż jeden z techników, obchodząc ciało, wykona kilkadziesiąt zdjęć.
– Już można – poinformował, kiedy skończył.
Więcek pochylił się nad zwłokami i dwukrotnie się zacinając, odczytał na głos napis na kartce.
Żaden się pieniędzmi, których nigdy więcej w Polszcze nie było, nie nasyci. Nikt nie mówi: dosyć mam, każdy przyczynić chce, choć mu zbywa: jedni, aby chowali i za bogi pieniądze mieli; drudzy, aby hardości swej i wyniosłości utratami i próżnościami dosyć czynili1.
– Tak jak mówiłem, mamy kolejnego – powiedział zadowolony z siebie Borycki, jakby rozwiązał wielką kryminalną zagadkę. Był wyraźnie podekscytowany. Na tyle krótko pracował w policji, że czuł jeszcze jakiekolwiek inne emocje niż zniechęcenie i wypalenie.
Na twarzy podkomisarza pojawił się lekki grymas. Wniosek Boryckiego był poprawny w tak oczywisty sposób, że mówienie o tym było zbędne. To tak, jakby podczas nawałnicy wyciągnąć przed siebie rękę i rzucić: „Patrzcie, pada”. Albo podczas meczu reprezentacji Polski w piłce nożnej wygłosić złotą myśl typu: „Może i człowiek się łudził, ale powiedzmy sobie szczerze – zaskoczenia nie ma”. A więc tak, spostrzeżenie Boryckiego było słuszne, ale i całkowicie zbędne. Dokładnie to samo pomyślałby każdy, patrząc na rozciągnięte na podłodze zwłoki księdza. Na jego czaszkę rozłupaną młotkiem leżącym nieopodal. I na kartkę z tekstem tyleż charakterystycznym, co trudnym do zrozumienia.
– Może to jakieś satanistyczne bzdury?
Więcek spojrzał zdziwiony na młodszego funkcjonariusza.
– Nie wygłupiaj się. – Wyprostował się, czując w kolanach drobne ukłucia bólu. – Mamy przecież niemal jego podpis. – Wskazał dłonią na zakrwawiony młotek tuż przy zwłokach.
– Czyli co… Myślisz, że to jego robota?
– Tak. Raczej tak.
– Ale do tej pory wyciągał ofiary w jakieś odludne miejsca. A ten tutaj… – Wskazał palcem na ciało w sutannie leżące na kamiennej posadzce. – To wręcz bezczelne.
– Może zmienił sposób działania. Albo coś się wydarzyło. Albo… robi się bezczelny i rzuca nam wyzwanie.
– Jak na mój gust, to znowu nic nie znajdziemy. Facet ma wprawę, nie zostawia śladów, a my nie mamy się czego uczepić.
Więcek spojrzał badawczo na kolegę. Wydawał się zaskakująco rozluźniony jak na tak makabryczne okoliczności. Niemal wesoły, jakby traktował całą tę sytuację jak przygodę.
– Z takim podejściem to na pewno nic nie znajdziemy.
– Wiesz, co mam na myśli. – Borycki spoważniał.
– A gdzie jest Ludzina? Powinien już dawno przyjechać.
– Nie wiem. Nie odbiera.
– Nie odbiera? To dziwne. Dzwoniłeś do prokuratora?
– Ma dzisiaj urlop… – W głosie Boryckiego było słychać wahanie. – Nie będzie zachwycony. To miejsce i w ogóle…
– Zaskoczony też chyba nie będzie. Dzwoń – zarządził Więcek.
– A ty?
– Nie żebym musiał ci się tłumaczyć, ale ja zadzwonię do komendanta. Chain of command, Borygo, chain of command. Dzwoń i widzimy się za chwilę w zakrystii.
Borycki oddalił się ku jednemu z bocznych ołtarzy i wyciągnął z wewnętrznej kieszeni kurtki telefon. Skostniałym kciukiem odblokował urządzenie i wybrał kontakt.
– Mamy kolejnego Skargę – oznajmił krótko, gdy tylko nastąpiło połączenie. – Ten stary ksiądz w Kościele Świętego Sebastiana. Tak, na Wzgórzu Krzywoustego.
Chwilę później zakończył rozmowę i schował telefon. Energiczne zatarł ręce, aby się rozgrzać, po czym się rozejrzał, szukając drzwi do zakrystii. Był niewyspany, zmarznięty i wyglądało na to, że czeka go długi i męczący dzień. Mogło być gorzej, pomyślał, patrząc na figurę udręczonego patrona świątyni, w której właśnie popełniono kolejną zbrodnię.
1 P. Skarga, Kazania sejmowe, Krakowska Spółka Wydawnicza, Kraków 1925, s. 66.