#

​Dwa domy, dwa miejsca, ale czy na pewno dwie historie?

„Dom Klepsydry” Garetha Rubina to książka niezwykła – tetbeszka. Składają się na nią dwie historie, które zostały wydrukowane po przeciwnych stronach. Kluczem do rozwikłania mrocznej zagadki jest tytułowa klepsydra. Wystarczy ją obrócić, by wszystko zobaczyć z zupełnie innej perspektywy. Czytelnik sam może zdecydować, którą pozna jako pierwszą.

Zaczęłam od tej, która rozpoczyna się w latach 80. XIX wieku w Londynie, by przenieść się do hrabstwa Essex. Młody lekarz Simeon Lee, który zawładnięty jest myślą o wynalezieniu leku na cholerę, jedzie zająć się chorym kuzynem swego ojca. Po raz kolejny nie otrzymał stypendium na kontynuowanie badań i w sumie nie ma innego wyjścia. Początkowo myśli, że w łatwy sposób trochę zarobi, bo podejrzewa, że duchowny Oliver cierpi na hipochondrię. Po dotarciu na miejsce wszystko nie jest już takie proste. Wznosi się tam niezwykły dom. Na wysepce, którą od stałego lądu odcinają przypływy morza, stoi on jako jedyny. Można do niego dotrzeć po grobli, która staje się śmiertelną pułapką, gdy podniesie się poziom wody. To Dom Klepsydry, gdzie kierunek wiatru wskazuje wiatromierz w kształcie klepsydry. Stąd nazwa. Stan wuja z każdym dniem się pogarsza, a Simeon nie potrafi znaleźć przyczyny choroby. Z każdym dniem piętrzą się kolejne tajemnice i pytania. Czy zdoła dotrzeć do prawdy i ocalić wuja? Kto tak naprawdę jest sprawcą, a kto ofiarą? Czy wyjdzie z tej rozgrywki cało?

Druga historia przenosi czytelnika do słonecznej Kalifornii. Jest rok 1939. Ken Kourian, absolwent literatury na Uniwersytecie Bolońskim utrzymuje się z pisania ogłoszeń dla „Los Angeles Timesa” i marzy o aktorskiej karierze. Nad brzegiem Ocena Spokojnego stoi dom z metalu i szkła – Dom Klepsydry. Z takim samym wiatromierzem, jak ten w spowitej mgłą Anglii! Nieopodal, wprost z morskiej toni, wyłania się wieża pisarska, przypominająca latarnię morską. Tam swoją najnowszą powieść kończy młody pisarz Oliver Tooke. Jest ona czymś więcej niż tylko kolejną wymyśloną historią. Ma wyzwolić go z poczucia winy i wyciągnąć na światło dzienne rodzinną tajemnicę. Pewnego dnia drogi tych dwóch mężczyzn krzyżują się. Szybko zaprzyjaźniają się, ale dochodzi do tragedii. Ken znajduje ciało przyjaciela w jego wieży. Wszystko wskazuje, że popełnił on samobójstwo. Ken jednak nie do końca w nie wierzy. Czyta najnowszą książkę przyjaciela i powoli zaczynają mu się otwierać oczy. Pojawiają się znajome imiona. Dziadek Olivera nosił imię Simeon. To nie jest przypadek. Już wie, że musi pojechać do Anglii, by dowiedzieć się, co stoi za rodzinną tragedią.

W obu historiach panuje ta sama gęsta atmosfera, przesiąknięta solą morską i zapachem zgnilizny. Jest w niej coś tak złowrogiego, że przenika do szpiku kości. Napięcie rośnie z każdą stroną i wręcz się czuje, że zaraz wydarzy się coś złego. Jak daleko można się posunąć, by zrealizować swój cel?! Przyznam, że Autor zwodził mnie bardzo długo, ale w końcu domyśliłam się rozwiązania zagadki. Jedna wskazówka okazała się bardzo cenna, ale oczywiście nie mogę jej ujawnić.

Lektura „Domu Klepsydry” była dla mnie fascynującą przygodą. Zastanawiam się, jakbym ją odebrała, gdybym zaczęła od drugiej strony. Podejrzewam, że może stałaby się jeszcze bardziej tajemnicza! Po poznaniu dwóch, a w zasadzie jednej ponurej historii, nie pierwszy raz w życiu jestem przerażona ludzką naturą. Człowiek opętany chorą ambicją potrafi dopuścić się najgorszych czynów…

„Dom Klepsydry” polecam wszystkim, którzy lubią czuć dreszcz strachu podczas czytania.

o książce

wywiad z autorem

przeczytaj fragment

Małgorzata Chojnicka