#
#

tytuł: Zanim pozwolę Ci wejść

autorka: Jenny Blackhurst

przekład: Anna Dobrzańska

premiera: 9 maja 2018

wydawnictwo: Albatros

Zanim pozwolę Ci wejść

„Zanim pozwolę ci wejść” właśnie ukazała się w Polsce. To druga z kolei powieść Twojego autorstwa, która – jak czytamy w notce biograficznej – zrodziła się z pasji do czytania. Ale od zaczytywania się w książkach, do ich pisania długa droga… Kiedy sięgnęłaś za pióro? Co Tobą kierowało? Co stanowiło impuls do twórczego działania?

Zawsze lubiłam tworzyć historie. Jako nastolatka napisałam cały cykl powieści młodzieżowych, wzorowanych na popularnym serialu „Słodka dolina”. Kiedy dorosłam, odłożyłam pisanie na bok i zajęłam się poważną pracą. Ale będąc na urlopie macierzyńskim pomyślałam, żeby do tego wrócić – w końcu zawsze to uwielbiałam i miałam wrażenie, że nieźle mi szło.

Jak to jest być pisarką w czasach, gdy książki są rozrywką dla wybranych, a ludzie częściej wybierają newsy w Internecie?

Odkąd pojawiły się niezależne oficyny wydawnicze i możliwość samodzielnego publikowania książek – rynek wydawniczy znacznie się rozszerzył i oferuje zdecydowanie więcej możliwości osobom, które chcą pisać i wydawać książki. Młody autor ma do dyspozycji nowoczesne media, dzięki którym dociera ze swoimi książkami do bardzo różnych grup odbiorców – to wspaniałe doświadczenie, szczególnie, że w pracy pisarza to właśnie czytelnicy są najważniejsi.

Słyszałam, że lubisz kryminały… Skąd czerpiesz inspirację dla swoich fabuł?

Dosłownie zewsząd. Z podsłuchanych fragmentów rozmów, z telewizji i z codziennej prasy, która jest prawdziwą kopalnią pomysłów. Pisarze są niczym radary, wyczulone na wydobywanie z białego szumu istotnych (a czasem pozornie zupełnie nieważnych) informacji, które mogą posłużyć za zalążek fabuły.

Budujesz ciekawe, niejednoznaczne postacie, które mają swoją historię, przyzwyczajenia, przekonania. W jaki sposób tworzysz wiarygodnych psychologicznie bohaterów?

Studiowałam psychologię na uniwersytecie, to na pewno wiele mi ułatwia, ale tak naprawdę po prostu lubię obserwować ludzi. Wierzę, że to bohaterowie są sercem każdej opowieści, a jeśli czytelnicy uznają fikcyjne postacie za wiarygodne, będą za nimi podążać nawet w najbardziej niewiarygodne zakamarki fabuły. Ludzka psychika jest niezbadana i skrajnie różnorodna, więc stawianie bohaterów na pierwszym miejscu ma naprawdę sporo sensu, w każdym razie w moim przypadku to zawsze się sprawdza.

Wspominałaś gdzieś, że swoją pierwszą powieść „How I lost you” napisałaś tuż po narodzinach swojego pierwszego dziecka, między karmieniem a zmienianiem pieluch. Trudno uwierzyć, że to w ogóle możliwe! A jednak być może dzięki tym doświadczeniom stworzyłaś bardzo wiarygodną postać zrozpaczonej i zdesperowanej matki. Jak udało Ci się pogodzić tak trudne role: pełnoetatowej matki i pisarki?

Gdy zostałam matką pisanie stało się moją ucieczką. To było hobby, któremu oddawałam się z największą przyjemnością i, oczywiście, nieskrywaną ulgą. Wszystkie emocje, które gromadziły się we mnie we wczesnym okresie macierzyństwa, przelewałam na papier. Nigdy nie brałam pod uwagę, że z tego pisania powstanie książka, która trafi do księgarń. Ale też nie upatrywałam w tym punktu wyjścia dla oszałamiającej kariery, nie gonił mnie deadline, nie było żadnego kontraktu, z którego musiałabym się wywiązać; pracowałam spokojnie, po prostu ciesząc się tym czasem. Nie było mowy o godzeniu ról – byłam świeżo upieczoną matką, która wolne chwile poświęca na pisanie. Dopiero wiele lat później zaczęłam myśleć o sobie jak o pisarce.

Zdradź więcej tajników Twojego warsztatu pisarskiego. Jak się przygotowujesz? Czy (i jak?) robisz research? Czy piszesz i poprawiasz od razu? Narzucasz sobie rytm pisania? Masz jakieś rytuały?

Wszystko zależy od konkretnej książki. Czasem robię naprawdę szeroki research, szczególnie jeśli akcja rozgrywa się w miejscu, w którym nigdy nie byłam, albo gdy muszę głęboko wniknąć w zawiłości psychiki bohaterów. Ale zazwyczaj moje powieści dzieją się w miejscach, które każdy z nas dobrze zna, a bohaterami są zwykli, przeciętni ludzie. Zanim zabiorę się za szczegóły, staram się najpierw stworzyć szkic całości. Pracując nad konspektem piszę około tysiąca pięciuset znaków przez pięć dni w tygodniu, dopóki nie skończę. Resztę czasu – popołudnia i weekendy – poświęcam rodzinie, bo moje dzieci są wciąż bardzo małe i potrzebują wiele uwagi. Niezależnie od wszystkiego, zawsze mam pod ręką mój zielony zeszyt, w którym zapisuję pomysły na nowe książki, notując od razu tak wiele szczegółów, ile tylko przyjdzie mi do głowy. Jeśli coś zostało zapisane w zielonym zeszycie, z pewnością prędzej czy później przerodzi się w fabułę kolejnej powieści.

Murakami mówi, że dla niego pisanie to autoterapia. Twierdzi, że pisze dla siebie. Dla kogo Ty piszesz? Kim jest Twój czytelnik?

Tak wiele osób sięga teraz po kryminały i thrillery, że trudno precyzyjnie określić grupę odbiorców. Dlatego staram się po prostu pisać takie powieści, po które sama chętnie bym sięgnęła. Byłam zapaloną czytelniczką na długo zanim zostałam pisarką, więc mam wrażenie, że całkiem nieźle wyczuwam potrzeby rynku. Trzeba jednak pamiętać, że nie można sobie zanadto pobłażać i pisać wyłącznie dlatego, że to fajne zajęcie. Niezbędna w pisaniu jest odrobina bezwzględności – wobec bohaterów, siebie samej, ale także swoich bliskich.

Jakie reakcje wywołały Twoje powieści w najbliższym otoczeniu? Jak reagują czytelnicy w social mediach i podczas spotkań autorskich?

Moje książki zwykle kończą się nieoczekiwanym zwrotem akcji – wielu czytelników daje się zwieść, a potem jest zaskoczonych tym, że akcja nie potoczyła się po ich myśli. Dzięki temu, że piszę krótkie rozdziały, zawsze można pozwolić sobie na przeczytanie kolejnego przed zaśnięciem, a potem jeszcze jednego, i jeszcze… aż do samego rana.

Kto jest Twoim pierwszym recenzentem? Jak przyjmujesz uwagi, jak radzisz sobie z krytyką swojej twórczości?

Pierwszym czytelnikiem moich książek jest agent, a potem wydawca. Mam też zaprzyjaźnioną parę blogerów, do których się zwracam, jeśli potrzebuję trzeciej opinii. Na gotową powieść patrzę obiektywnie – zdecydowanie bardziej jak na produkt biznesowy, niż dzieło sztuki. Wiem, że jakakolwiek krytyka ze strony agenta czy wydawcy będzie konstruktywna, a wprowadzone zmiany wyjdą książce na dobre, jestem więc bardzo otwarta na ich uwagi i bardzo skrupulatnie uwzględniam je przy poprawkach.

Wydałaś trzy powieści, pracujesz nad czwartą „The Night She Died”. Pisanie wciągnęło Cię na dobre! Zdradź nieco więcej na temat Twoich planów i kolejnych projektów…

Mam kontrakt na jeszcze jeden thriller psychologiczny, oprócz „The Night She Died”. Zobaczymy, co potem, ale nie wyobrażam sobie, żebym mogła przestać opowiadać historie – zamierzam pisać tak długo, jak długo znajdą się czytelnicy, którzy sięgną po moje książki.

Co teraz czytasz? Jakie ciekawe pozycje książkowe pojawiły się ostatnio w Twojej biblioteczce?

W tej chwili jestem w trakcie lektury dwóch powieści: „The Other Woman” Sadie Jones oraz „Beyond The Ice Limit” Douglasa Prestona i Lincolna Childa. Ostatnio czytam też sporo starej klasyki kryminału, przede wszystkim Agathę Christie.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Monika Pietkiewicz

zdjęcie autorki z materiałów prasowych wydawnictwa Albatros