ZwB Witamy Panią serdecznie i gratulujemy wydania kolejnego tytułu. Ekspedycja Kolitz to już Pani – po Pod powiekami i Miłości i samotności – trzecia książka (i zapewne nie ostatnia). Proszę powiedzieć: od kiedy szuka Pani skarbów?
Katarzyna Rygiel Prawdę mówiąc, okres poszukiwania skarbów mam już niestety za sobą. Przez pięć lat spędzałam wakacje na wykopaliskach, ale kiedy skończyłam archeologię, musiałam skupić się na czym innym, na przykład na szukaniu pracy. Wcześniej skarbem było dla mnie wszystko, co kryła ziemia. Zabytki, które znajdowaliśmy, były na ogół mało spektakularne, ale zdarzały się także prawdziwe perełki. Wiele osób pytało mnie, czy znaleźliśmy kiedyś złoto, jakby praca archeologa właśnie na tym polegała. Tymczasem archeolog jest raczej tropicielem przeszłości. Rozpoznaje ją w tych nikłych śladach, które przetrwały do naszych czasów, śladach, które amator uznałby za zwyczajne śmieci.
ZwB Jest Pani z wykształcenia archeolożką. Ma Pani możliwość – i wykorzystuje ją – by wplatać w powieści informacje z tej dziedziny. Co Panią najbardziej interesuje w archeologii? Dlaczego wybrała Pani taki zawód?
K.R. Może dlatego, że nie lubię nudy i rutyny. Zawsze starałam się robić w życiu to, co sprawiało mi przyjemność. W szkole średniej na zajęciach z historii sztuki starożytnej siedziałam jak zaczarowana. Sporo czytałam. Archeologia wydawała mi się fascynująca. Pachniała przygodą. Dopiero kiedy zaczęłam studia, zdałam sobie sprawę, że odkrywanie starych miast czy wspaniałych pałaców to tylko jedna strona medalu. Że znacznie częściej trafia się na drobiazgi, które nie wywołują niczyich zachwytów. Ale wtedy zdążyłam już połknąć bakcyla i zupełnie mi to nie przeszkadzało. Co do zainteresowań w czasie studiów, to dotyczyły one tkanin. Tak się składa, że maturę zdawałam w liceum plastycznym, gdzie dyplom robiłam z tkactwa artystycznego. Miałam więc jakieś pojęcie o tej technice. Na czwartym roku zdecydowałam się pisać pracę magisterską na temat barwienia tkanin w chrześcijańskim Egipcie.
ZwB Wspaniały temat! Może wykorzysta go Pani w jakiejś powieści;-))) W Ekspedycji Kolitz został opisany najstarszy klasztor cysterski Pomorza Zachodniego w Kolicach. Jego historia jest zbieżna z historią opactwa cysterskiego w Kołbaczu. Czy Kolice istnieją naprawdę?
K.R. Oczywiście, że nie istnieją, bo to właśnie Kołbacz jest ich pierwowzorem. Pisząc o klasztorze, miałam przed oczami właśnie tamtejsze cysterskie mury. Sama topografia Kolic jest jednak zupełnie inna niż Kołbacz i jego okolice. Dlatego wolałam zmienić nazwę, by zapewnić sobie pewną swobodę.
ZwB Rozumiem. A w jakim stopniu wykorzystuje Pani autentyczne wątki i fakty historyczne w swojej książce?
K.R. Na tyle, na ile wymaga tego snuta opowieść. Czasem zgadzają się nawet nazwiska. I tak Hermann Staff jest postacią autentyczną – jako szczeciński inspektor budowlany restaurował kościół w Kołbaczu w latach 50. XIX wieku. Przytoczona historia opactwa też jest w zasadzie zgodna z prawdą. W niektórych miejscach wykorzystałam zdarzenia z historii innych klasztorów cysterskich. Na przykład skrytka w filarze, w której ojciec Otta znalazł tajemniczy plan, pochodzi z opactwa w Bierzwniku. W dawnym dziejach nietrudno znaleźć inspirację. Zdarzają się też gotowe podpowiedzi.
ZwB Dzięki temu Pani powieść może być dla czytelnika możliwością bycia przez moment archeologiem próbującym dociec, co jest prawdziwe, a co nie. Jak się Pani przygotowuje do pisania? Spędza Pani ponure noce w opuszczonych klasztorach, by napawać się ich atmosferą?
K.R. Raczej ślęczę nad literaturą. O cystersach napisano całe tomy. Na szczęście temat nie był mi obcy, bo jeszcze na studiach chodziłam na zajęcia poświęcone historii zakonów. Ale i tak nim zaczęłam pisać, zdążyłam zrobić stertę notatek. To chyba jedna z zalet pisarstwa – zawsze można się dowiedzieć czegoś nowego. Reszta to kwestia wyobraźni.
ZwB A propos wyobraźni i współtworzących ją kulturowych motywów, Pani książka odwołuje się w wielu warstwach do swoich wspaniałych pierwowzorów powieści przygodowej: cyklu o Indiana Jonesie, Panu Samochodziku i podobnej literatury. Co Panią fascynuje w takich książkach i filmach? Czego Pani w nich szuka?
K.R. Wychowałam się na nich. Dzisiaj już do nich nie zaglądam, a nowy film o przygodach Indiany Jonesa zdążył mnie rozczarować. Ekspedycja Kolitz to raczej próba opisania własnych doświadczeń, a że trudno pisać o wykopaliskach w sposób zajmujący, w gruncie rzeczy to przecież żmudna, mrówcza praca, musiałam zrobić coś, by książkę dało się czytać. Dlatego pojawił się klasztor, skarb i tajemnica. Dobrze się bawiłam, dobierając te elementy. Czułam się tak, jakbym wróciła na chwilę do studenckich czasów.
ZwB Bohaterka Ekspedycji, archeolożka Ewa Zakrzewska, ma w sobie pasję prawdziwego poszukiwacza skarbów, w czym asystuje jej dzielnie zakochany Robert Malik. Co się Pani w niej podoba? Wystąpi w kolejnej książce?
K.R. Nie wiem, czy potrafię odpowiedzieć na to pytanie, skoro sama ją wymyśliłam. Na ogół lubię moich bohaterów, nawet tych, którzy mają trudny charakter. Ewa jest pełna entuzjazmu, żądna przygód. Bywa nieobliczalna i nie zawsze wie, czego chce, ale dzięki urokowi osobistemu wiele uchodzi jej na sucho. Pojawia się także w mojej nowej książce, nad którą jeszcze pracuję. Tym razem przyjeżdża do Warszawy i zostaje na jakiś czas.
ZwB Pani książka nie bez powodu została umieszczona w serii Klub Srebrnego Klucza obok powieści takich autorów, jak na przykład Krzysztof Kąkolewski czy Marcin Wolski. Jak się Pani czuje w tym zacnym towarzystwie?
K.R. Przyznam, że było to dla mnie dużym zaskoczeniem. Krzysztof Kąkolewski był jednym z moich wykładowców na podyplomowych studiach dziennikarskich. Prowadził zajęcia z reportażu, które szczególnie lubiłam. Zastanawiałam się nawet, czy nie pisać u niego pracy dyplomowej, ale ostatecznie zdecydowałam się na pracownię fotografii. Wspaniale opowiadał, zdradził nam też wiele sekretów związanych z warsztatem. Można powiedzieć, że dzięki niemu nauczyłam się inaczej patrzeć na to, co czytam. Zaczęłam zwracać uwagę na język, nie tylko na fabułę, czy sposób przedstawiania postaci. Zrozumiałam też, że zwięzłość relacji może być zaletą, że w krótkim zdaniu można zawrzeć więcej niż w wielokrotnie złożonym. Tajemnica polega jedynie na doborze słów.
ZwB Tak, to chyba reguła znajdująca uzasadnienie zwłaszcza w kryminale.
K.R. Myślę, że nie tylko. Doskonale sprawdza się również tam, gdzie jest mowa o uczuciach czy niełatwych przeżyciach. Między innymi w reportażu. Dyscyplina językowa jest niezbędna, jeśli chce się opowiedzieć czyjąś historię. Słowne fajerwerki nie powinny przesłonić człowieka, o którym się pisze.
ZwB W wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" powiedziała Pani, że „kryminał to gatunek wymagający dużej dyscypliny umysłu”. Czy mogłaby Pani rozwinąć tę myśl?
K.R. Powieść kryminalna musi być przede wszystkim logiczna. Przypomina układankę i wszystkie elementy mają w niej swoje miejsce. Zadanie autora polega na tym, by ich nie pomylić i nie sprawić czytelnikowi zawodu. Pozwolić, by do ostatniej strony zastanawiał się, kto zabił. Nie jest to łatwe, nawet jeśli wciąż się o tym pamięta. Tak to widzę jako czytelnik. Ekspedycja Kolitz jest specyficznym kryminałem, w dodatku jedynym, jaki mam na koncie. Nie wiem, czy to nie za mało, by wygłaszać jakiekolwiek opinie na temat tego gatunku.
ZwB W Pani powieści wątek kryminalny (jest ofiara i to nie jedna, ale też pojawia się motyw kradzieży zabytków) przeplata się cały czas z przygodowym, tworząc interesującą całość. Trudno było Pani utrzymać równowagę między tymi motywami?
K.R. Sama lubię czytać nietypowe kryminały, które nie do końca pasują do definicji. Na przykład takie, jakie piszą José Carlos Somoza czy Antonio Muñoz Molina. Albo Arturo Perez-Reverte. Może dlatego w mojej książce pojawiają wątki przygodowe i sensacyjne. Nie wiem, czy udało mi się zachować równowagę, o której Pani mówi, wydaje mi się jednak, że w czasie pisania wcale się nad nią nie zastanawiałam. Ta różnorodność w pewnym sensie wynika z moich doświadczeń. Podczas wykopalisk archeolog musi być przygotowany na różne zdarzenia. Może nie odnajdzie prawdziwego „złotego” skarbu, ale nie raz i nie dwa spotka na swej drodze poszukiwacza uzbrojonego w wykrywacz metali. Z pewnością natknie się też na wykopane przez niego dołki. Niestety wykrywacze od jakiegoś czasu cieszą się sporą popularnością, a osoby, które się nimi posługują na ogół mają za nic tzw. kontekst archeologiczny. Wydłubują z ziemi co cenniejsze zabytki, nie zastanawiając się nad tym, że w ten sposób pozbawiają nas części informacji, np. uniemożliwiają datowanie osady czy też cmentarzyska. Na wykopie amator z wykrywaczem jest czarnym charakterem. Nie mogłam o nim nie napisać.
ZwB Trzeba z takimi czarnymi charakterami walczyć też w realnym życiu. Chciałabym się jeszcze Pani zapytać, jakie ma Pani plany pisarskie...
K.R. Ukończyć książkę, którą piszę, i zacząć następną. Liczę na to, że nie zabraknie mi pomysłów.
ZwB Na pewno nie zabraknie! Życzymy w tym powodzenia. Bardzo dziękuję za rozmowę.
Wywiad przeprowadziła J. Świetlikowska