Ogromne, zimne miasto w... sielskiej scenerii

02.09.2007
Ogromne, zimne miasto w... sielskiej scenerii

 ZwB Aniu, czy pamiętasz swój pierwszy kontakt z kryminałem?

Anna Sawicka-Chrapkowicz. Kojak.  Bez wątpienia.  To on właśnie stał się dla mnie archetypem kryminału. Kojak – twardy, męski, zdecydowany. Bezwzględnie tropiący przestępców z garstką mniej lub bardziej inteligentnych pomocników z nowojorskiej policji.  Całe szczęście, że mama przymykała oko na moje podobranockowe – co ja mówię, podziennikowe! – seanse przed małym ekranem. Może dlatego klasyczny kryminał wieku szkolnego, Długi deszczowy tydzień, był dla mnie zaledwie książką o przygodach piątki przyjaciół? Przeczytałam ją od deski do deski ze dwadzieścia razy i w przeciwieństwie do wątków pobocznych, z tytułem pracy naukowej ojca Iki włącznie („Farmakodynamika metyloksantyn ze szczególnym uwzględnieniem teobrominy i teofiliny”), ten sensacyjny nie wydawał mi się szczególnie pasjonujący. Co innego Ture Sventon w Sztokholmie, wszystko na miejscu: policjant-detektyw, szybka akcja, tłum Mikołajów, z których jeden musi być okrutnym przestępcą… 

ZwB Niezłe początki. Masz na swoim koncie imponujący dorobek translatorski, ale raczej mało „kryminalny”. Od czego zaczynałaś swoją przygodę z tłumaczeniem?

A.S-C. Od muzyki. Tak jak wszystko w moim życiu, tak też i tłumaczenia są związane z muzyką. Najpierw byli Beatlesi - to jeszcze w podstawówce, w siódmej klasie, kiedy uczyłam się na pamięć piosenek z płyty Help!, ale tylko tak ze słuchu, fonetycznie. Potem dotarło do mnie, że robię najgłupszą rzecz na świecie, powtarzając bezmyślnie nic nie znaczące dla mnie słowa. Zaczęło się kopanie w słownikach i … pierwsze przekłady. Myślę, że gdyby nie moje muzyczne fascynacje, to pewnie moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. Po Beatlesach przyszedł czas na Lennona (tu nawet trochę japońskiego, piękna piosenka Aisumasen), odkrywanie pięknego mówienia o miłości i zaangażowania w szeroko pojęty humanitaryzm. Jak nikt wtedy dla mnie umiał opowiadać o świecie. No i nierozerwalnie związane z tekstami melodie, poruszające we mnie czułą strunę. Rok 87 to kompletna rewolucja - usłyszałam Red Hill Mining Town i od tego czasu wiem, że pewien zespół śpiewa dla mnie i o mnie. Porywam się czasami na próby przetłumaczenia tekstów U2, ale Paul Hewson, czyli Bono, to mistrz wśród tekściarzy - dwa, trzy słowa - i wszystko jest opowiedziane. Nie spotkałam jeszcze dobrych przekładów jego twórczości.

The Beatles - John Lennon - U2 to oś, wokół której budują się moje muzyczne fascynacje. Bardzo blisko niej jest Pink Floyd. Tu znowu wątek tłumaczeniowy: pamiętam, jak po wydaniu The Final Cut Piotr Kaczkowski w Programie Trzecim tłumaczył „na muzyce” teksty. Piorunujące wrażenie, The Gunner’s Dream  ciągle jeszcze to pamiętam, a przecież minęło tyle lat. Skoro już Kaczkowski - to oczywiście wytwórnia 4AD, Cocteau Twins (i tu, na przykład, nie do przetłumaczenia „nowotwory językowe” - wyrażenie zapożyczone od dziesięciolatka - Elizabeth Fraser), Dead Can Dance. Wtedy chyba dotarło do mnie, że tłumacz tłumaczowi nie równy. W tych kręgach była jeszcze jedna legenda, pewnie wiesz już, o kogo chodzi. Tomasz Beksiński, niedościgniony wzór, nie bał się nawet Monty’ego Pythona. Jeśli ktokolwiek potrafił uchwycić poetykę U2, to właśnie on. Genesis z Peterem Gabrielem, a potem sam Gabriel. The Police ze Stingiem, i owszem. Bobby McFerrin, coś wspaniałego. Pat Metheny… stąd już krok do klasyki: Nigel Kennedy i porywające wykonanie Czterech Pór Roku. Muzyka baroku. Vivaldi. Bach. Mozart. Ale Wagner już raczej nie bardzo, bo jak to mówi bohater Allena „po takiej dawce Wagnera mam ochotę najechać na Polskę”…

No proszę, a miałam mówić o początkach moich tłumaczeń [śmiech].

Muzyka jest ze mną nierozerwalnie związana, nigdy nie pracuję w ciszy, każda książka to inna opowieść - także muzyczna.. Przy midsomerkach było dużo Metheny’ego i Cocteau Twins, teraz natomiast zdecydowanie dominuje klasyka.

ZwB A co skłoniło Cię do tłumaczenia Caroline Graham?

A.S.-C. Redaktor naczelna GWP… Z początku biłam się trochę z myślami: beletrystyka, w dodatku tak szczególna, gdzie ważne jest zabarwienie emocjonalne słowa, odpowiednie wyczucie, swoboda i lekkość...  Nigdy nie pracowałam nad takimi książkami. Jednak po pierwszych rozdziałach, a wręcz po pierwszych stronach Zabójstw w Badger’s Drift wiedziałam już, że chcę następną, a potem jeszcze następną… Tak więc sama wyciągałam ręce po kolejne tomy i mam nadzieję, że Graham wpadnie na pomysł kolejnych morderstw w Midsomer,  a Barnaby’emu i Troyowi zleci wytropienie sprawców.

ZwB Co było najtrudniejsze w pracy nad jej kryminałami?

A.S.-C. Szczegóły. Drobiazgowe opisy. Nazwy roślin uprawianych w przepięknie utrzymanych ogrodach. Rasy psów. Angielska kuchnia. Jednak o ileż uboższe byłyby książki Graham, gdyby nie jej dbałość o najmniejsze detale! Zniknęłoby urzekające piękno angielskiej wsi, gdzie życie się toczy leniwie, każdy ma czas dla siebie i swoich pasji – czy to uprawiania ogródka, czy podglądania sąsiadów. Przepadłby ten świetny efekt grozy, zaskoczenia albo obrzydzenia wywołany dysonansem między bogatą w miłe oku lub podniebieniu szczegóły sielskością  a bestialskim mordem. Przyznam się do czegoś: do dziś nie jestem do końca pewna, co tak dokładnie miała na myśli Graham, wkładając w usta jednego z bohaterów półsłówko, które pewnie zapamiętam do końca życia… Nie zdradzę jakie,  gdzie i w jakiej książce!

Ale sięgnijmy może do ostatniego tłumaczenia. Jeden z bohaterów Ducha w machinie , Dennis Brinkley, jest znawcą i miłośnikiem starych machin wojennych. Tematyka całkowicie mi obca. Kiedy doszło więc do szczegółowych opisów obiektów jego zainteresowań, na przykład machiny zwanej po angielsku trebuchet, czułam, że zaczną się trudności. Przede wszystkim w zwykłym słowniku nie ma tłumaczenia tego słowa. Jako człowiek dwudziestego pierwszego wieku jestem mocno zaprzyjaźniona z Internetem, a więc zaczęłam poszukiwania. Najpierw witryny angielskie – oho, już widzę, co się kroi. Jakieś katapulty, smoła, płomienie… Skok na polskie strony. I tu zaskoczenie! Nie dość, że znalazłam bez większych problemów odpowiednik trebuchet (trebusz), to jeszcze dowiedziałam się, że Dennisów Brinkleyów jest znacznie więcej, i to w Polsce! Interesują się średniowieczem, fascynują machinami wojennymi – co więcej, budują je i wypróbowują w plenerze! Stałam się mimowolnym specem rodzinnym od machin oblężniczych. Poprawiam nawet, gdy ktoś, patrząc na rysunek trebusza na ekranie mojego laptopa, mówi: „O, katapulta!”. Nic podobnego, katapulta to zupełnie inna machina, choć budowana w podobnym celu. Podobnie jak taran, balista czy… jeżozwierz!

Jest to tylko jeden przykład pokazujący, że praca tłumacza wzbogaca edukacyjnie! U Graham zdarza się to często. Nie pędzę przez tekst, lecz od czasu do czasu robię dłuższe przystanki, buszuję w Internecie, otwieram encyklopedie, pytam znajomych (często rdzennych Anglików lub Amerykanów). Bywa, że i oni się poddają. „You are going to be R and F alright”… nikt po obu stronach Atlantyku nie wiedział. Poszłam za głosem intuicji, skonsultowałam się ze znajomymi tłumaczami, i tak zostało… Jak? Jestem ciekawa, czy ktoś znajdzie :-)

ZwB. Mamy więc pierwszą zagadkę dla Czytelników ;-) W trakcie tak długiego obcowania z książkami Graham na pewno zżyłaś się z ich bohaterami. Która postać z książek tej autorki jest dla Ciebie najważniejsza?

 
A.S.-C. Lucy Bellringer. To ona zbeształa bezczelnego Troya, a potem zmusiła Barnaby’ego do działania. To dzięki niej szybko się zorientowałam, z jakimi postaciami spotkam się w tych kryminałach: nietuzinkowymi, lekko zwariowanymi, oryginalnymi. Graham świetnie rysuje charaktery swych bohaterów, pewnie dlatego to właśnie GWP zdecydowało się na jej serię o morderstwach! Spodobała mi się zdeterminowana starsza pani, zawsze stawiająca na swoim, oczytana i roztrzepana, fantastycznie umalowana i ubrana. Później okazało się, że w każdej książce Graham pojawia się jakiś ekscentryk. Żaden jednak już nie tak uroczy jak ona.

Rzeczywiście, Morderstwa w Midsomer wywarły piętno na moim prywatnym życiu. Nie, nie popełniłam morderstwa ani nie wstąpiłam w szeregi policji [śmiech]. Rozszalałam się natomiast w ogrodzie – z malowanymi przez Graham obrazami angielskich ogrodów przed oczami (przy pewnym, przyznam, współudziale świetnego serialu brytyjskiej telewizji), co drugi dzień odwiedzam ogrodników, dobieram rośliny, przesadzam, okopuję, podlewam… Podejrzewam, że przez „midsomerki” wpadłam w ogrodniczy nałóg, co zdecydowanie spowalnia pracę tłumacza. No i kuchnia. Nie inspirują mnie wprawdzie dokonania żony Barnaby’ego (co cieszy moją rodzinę), ale każda wymieniona z nazwy typowo angielska potrawa. Tak więc na naszym stole zagościła już wołowina po burgundzku, Shepherd’s Pie, pudding z chleba i masła… Ten ostatni zyskał najwięcej uznania. Zrobiono mu pamiątkowe zdjęcia i zjedzono go w niecałe dziesięć minut w pewne niedzielne przedpołudnie.

 
ZwB. Wygląda przepysznie. Mam nadzieję, że uda nam się na jakimś spotkaniu wspólniez wielbicielami Graham skosztować Twojego dzieła. Bohaterowie „midsomerków” są namiętnymi czytelnikami. A jaka jest Twoja najważniejsza książka?  

A.S-C. Nie wiem. Nie ma takiej jedynej, która wstrząsnęłaby moim światem, po przeczytaniu której wszystko wydawałoby mi się inne. Lubię pamiętniki (Pamiętnik gwiazdy Poli Negri – rzecz o wytrwałości, determinacji, wierze w siebie, szczęściu, samorealizacji, Ameryce – wszystko to, czytane w pierwszej klasie liceum chyba, jednak miało duży wpływ na moje losy). Nie zastanawiałam się nad tym wcześniej, ale możliwe, że to dzięki tej lekturze po kilku latach pakowałam manatki i leciałam za ocean odnaleźć siebie [śmiech]. Lubię angielskie powieści wiktoriańskie, a Dziwne losy Jane Eyre najbardziej. Odpowiada mi atmosfera wrzosowisk, domów na odludziu, nie stronię od analizowania myśli i emocji głównych bohaterów. Lubię Wszystko czerwone Chmielewskiej (to też chyba okolice liceum, pamiętam moje zdumienie po przeczytaniu pierwszych stron, że słowo pisane może doprowadzić do aż takich napadów wesołości).  Lubię Hemingwaya, przepadam za tłumaczeniami Zielińskiego, mistrza. Jedna książka? Nie mogę się zdecydować.

ZwB Może zapisałabyś się do jakiegoś klubu zapalonych czytelników w Midsomer. Przyznaję, że w ZwB jesteśmy zafascynowani wszystkimi tymi funkcjonującymi tam klubami, zrzeszeniami itp. Do jakiego klubu Ty byś chciała należeć?

 
A.S-C. Raczej nie lubię się zrzeszać, chadzam własnymi ścieżkami i cenię sobie prywatność. Chyba trudno byłoby mi zamieszkać w Badger's Drift, gdzie od plotek aż huczy. No, chyba żebym się nie przejmowała tym, co o mnie wygadują... Jeśli jednak miałabym już gdzieś należeć, to pewnie byłby to klub dzwonników… osób, które spotykają się w starym kościele, odbywają próby na dzwonnicy, „wydzwaniają” piękne melodie, uczestniczą w konkursach. Zawsze urzekało mnie bicie dzwonów, nie narzekałam, że „hałasują” w niedzielne przedpołudnia. Lubię ten szczególny rodzaj muzyki – czy to niosący się przez łąki i pola z odległego wiejskiego kościółka, czy z katedralnej wieży, gdy stoję u jej stóp.

Jest jeszcze jeden, bardzo istotny aspekt. Kondycja fizyczna. Każda próba to niezły trening: nie dość, że trzeba się wspiąć na wieżę, to później ciągnie się sznury (podskakując, wisząc, zwalniając) w odpowiednim tempie i kolejności. Aerobic się chowa.

Nie zapomnijmy też o widokach rozciągających się z dzwonnic. Jestem górołazem –  zdobywam szczyty, żeby się przekonać, co z nich można zobaczyć. Każda dzwonnica to obietnica ujrzenia czegoś nowego. Niby znane miejsca, ale z innej perspektywy. Może stąd moje zamiłowanie do programów typu Google Earth albo Zumi.pl, tak na marginesie… Tak, klub dzwonników to jest to.

ZwB Lubisz góry?

A.S.-C. To moja największa pasja. Tatry. Od nich się zaczęła moja miłość do gór w ogóle. One natomiast wzięły się z Młodej Polski, mojej ulubionej epoki w polskiej literaturze, a właściwie kulturze.Pierwszy wyjazd do Zakopanego polegał na chłonięciu wszystkimi zmysłami śladów Młodej Polski w tamtych okolicach. Cudowna architektura. Malunki na szkle tamtejszych twórców. Chwytające za serce rzewne góralskie śpiewy, które wieczorem niosą się po halach.(Niepoprawna romantyczka ze mnie, wiem, że tego już nie ma, że komercja zabiła Zakopane, czego punktem kulminacyjnym było postawienie McDonalds'a na Krupówkach. Moje Tatry rozpoczęły się jednak wcześniej, kiedy jedyną rozrywką w Zakopanem było… wyjście w góry! ) Potem dopiero przyszło drapanie się na szczyty. Od tamtego pierwszego wyjazdu zaczęłam szukać książek, dzięki którym byłabym bliżej tamtych miejsc. W stronę Pysznej, kawał historii splecionej z emocjami, umiłowaniem miejsc i… narciarstwa (druga moja pasja). Zakopane, przewodnik historyczny, z dedykacją autora… Potem, kiedy zaczęłam poważniejsze łazęgi po górach, przyszedł czas na książki pisane przez alpinistów, himalaistów. Organizowanie wypraw, rozbijanie baz, zakładanie obozów, zdobywanie ośmiotysięczników – gromadziłam wszystkie książki, które były dostępne wtedy w księgarniach, a to nie było proste w tamtych czasach.  Od tych książek już krok do zupełnie innych tematów: moralne i etyczne dylematy himalaistów; motywacja do ciągłego zdobywania coraz wyższych i trudniejszych szczytów; romantyzm i pragmatyzm…

Teraz moja pasja trochę wygasła. Na pierwszym planie pojawił się pewien mały człowiek, który teraz, już dziesięciolatek, zaczyna dzielić moje fascynacje i przypina narty. Na letnie łazęgi i wspinaczki przyjdzie więc jeszcze odpowiedni moment.

ZwB To już właściwie trzy pasje: góry, maluch i tłumaczenie. Które przekłady z Twojego dorobku najbardziej cenisz?

A.S.-C. Jest taka książka. Podczas pracy nad nią śniły mi się jej fragmenty. I to wcale nie dlatego, że była trudna. Zrozumieć nastolatka Michaela Guriana to opowieść o dorastaniu chłopców. Za pomocą analogii, odwołując się do kultury Indian, do duchowości Zachodu, do historii starotestamentowego Jakuba, Gurian pokazuje to, co jest niezbędne, by wychować chłopca na szczęśliwego mężczyznę. Zwykła, wydawałoby się, książka o psychologii i fizjologii rozwojowej człowieka, jest piękną, niezwykle humanistyczną opowieścią o poszukiwaniu szczęścia. I o tym, że rodzice, opiekunowie, nauczyciele mogą w tych poszukiwaniach odegrać ogromną rolę.

Lubię też Zabójstwa w Badger’s Drift – trochę dlatego, że była to pierwsza książka spoza dziedziny, z którą jestem związana zawodowo (wszystkie dotychczasowe oscylowały wokół szeroko pojętej psychologii), a przede wszystkim dlatego, że od razu polubiłam Caroline Graham i kreowany przez nią świat.

ZwB Podejrzewam więc, że oglądasz serial Morderstwa w Midsomer...

A.S.C. Oglądam. Podoba mi się to, że jest tak zbliżony do książek! Wiernie oddaje ich nastrój. Wioski są tak samo ukwiecone, domy tak samo piękne, bohaterowie tak samo życzliwi sobie (z drobnymi, ale jakże istotnymi wyjątkami!!!). Podoba mi się, że Nettles i Casey nie zmienili swoich bohaterów, obu udało się wpisać w wymyślone przez Graham postaci (stąd też wynika, że nie bardzo akceptuję zmianę aktora grającego asystenta Barnaby’ego, która pociągnęła za sobą całkowitą zmianę postaci). Lubię też muzyczny motyw przewodni serialu. Miłym zaskoczeniem jest też zobaczyć wśród bohaterów znanych aktorów, na przykład Trudy Styler (żonę Stinga) czy Orlando Blooma (komentarz zbędny).

ZwB Ciekawe, jaki Ty byś napisała kryminał? Wiesz już?

A.S.-C. Bardzo dwudziestopierwszowieczny. Mocno psychologiczny. Trochę w stylu Człowieka w ogniu, filmu z Denzelem Washingtonem, oglądaliście? Z szybką zmianą akcji, niedopowiedzeniami… tak, żeby wszystko się działo w wyobraźni czytelnika, ułożyło w logiczną całość dopiero w tydzień po przeczytaniu książki. Ogromne, zimne miasto, jak w Łowcy androidów. Anonimowość, samotność, szaleństwo popychają kogoś do czynu, którego natychmiast żałuje. A potem? Może kiedyś przeczytacie...

Wywiad przeprowadziła J. Świetlikowska



Anna Sawicka-Chrapkowicz (ur. 1967 r. w Gliwicach) z wykształcenia psycholog, studiowała psychologię na UAM w Poznaniu i University of Wisconsin w Milwaukee oraz sztukę przekładu w Szkole Tłumaczy i Języków Obcych przy UWM w Poznaniu. Z zamiłowania tłumacz. Tłumaczyła dla Rebisu, wydawnictwa Moderski i Ska, Zysk i Ska oraz GWP. Interesuje się podróżami, łazęgami po górach, muzyką, fimem, ogrodem i psychologią rozwojową dziecka. Mama gimnazjalisty Marcina.

Caroline Graham - wielka dama angielskiego kryminału

 

 Polecamy też wywiad z tłumaczką Morderstw w Midsomer, Ewą Jusewicz-Kalter