Kod Dariusza Rekosza

20.11.2007
Kod Dariusza Rekosza

ZwB Panie Dariuszu, jest Pan bardzo wesołym człowiekiem. Ludzie powinni często się śmiać?

Dariusz Rekosz Oj, powinni, powinni. Niestety, tak trudno znaleźć uśmiech na twarzach Polaków. Ale ja ich wszystkich doskonale rozumiem. Otoczenie i rzeczywistość, w której przyszło nam żyć, bardzo rzadko nastrajają do śmiechu. Proszę na przykład spojrzeć na seriale lub filmy telewizyjne rodzimej produkcji – te, które zostały wyprodukowane w ostatnich latach (lub którymi nadal jesteśmy „bombardowani” z ekranów TV). Ileż tam zakłamania, złych emocji, a jak mało humoru i dobrej zabawy. To samo słyszę w polskich piosenkach – są albo smutne, albo filozoficzne. Mówią o rozstaniu, tęsknocie, zdradzie i innych negatywnych odczuciach. Stało się również tak, że po wejściu na rynek Kodu Leonarda da Vinci rozpoczęła się śmiertelnie poważna dyskusja, czy treści zawarte w tej książce należy uważać za prawdziwe i, w pewnym stopniu, potępić Kościół, czy też udowadniać, że opowieść Dana Browna należy włożyć między bajki, albo najlepiej spalić ją na stosie. Tak niewielu dostrzegło, że Kod jest w rzeczywistości dobrą rozrywką, przygodową historią naukowca, uwikłanego przez przypadek w morderstwo, oraz poszukiwaniem dobrego tematu na zrobienie jeszcze lepszego biznesu. Dlatego też w pewnym momencie powiedziałem: „basta!”. Skoro Polacy mają się sprzeczać, niech robią to w odniesieniu do naszej historii, a najlepiej alternatywnej i podanej w stylu Monty Pythona i Mela Brooksa. Stworzyłem parodystyczne dzieło, w którym na złamanie karku podążamy za trójką bohaterów, tarzając ich od czasu do czasu w pastiszowych sytuacjach, zaczerpniętych wprost ze znanych poptytułów. Nawet fani Gwiezdnych wojen znajdą tu coś dla siebie.

ZwB Rzeczywiście, walka Bena z Wanem godna jest pierwowzoru. Co Pan najbardziej ceni w Gwiezdnych wojnach?

D.R. Wszystko. I to bez wyjątku! Wyrastałem na Gwiezdnej Trylogii, niejednokrotnie marząc o możliwości posługiwania się Mocą. Najbardziej przydałoby się to 25 lat temu w podstawówce. A na poważnie – nie umiem zliczyć, ile razy widziałem wszystkie odcinki Gwiezdnych wojen. Nie potrafię też doliczyć się w moim domu płyt DVD, kaset VHS, książek, a nawet figurek (tak, tak!) czy zabawek rodem ze Star Wars. Jestem fanem tego filmu przez duże F.

ZwB Zdecydowanie wierzę, że moc jest z Panem. W Pana powieści można również znaleźć wiele reminiscencji z absurdalnych komedii. Jakie są Pana ulubione filmy tego typu? Jakie wątki w nich Pana interesują?

D.R. Jak już wspomniałem, lubię humor w stylu Monty Pythona oraz twórczość filmową Mela Brooksa. Faceci w rajtuzach, Płonące siodła, a także filmy innych twórców, na przykład: Naga broń, Strzelając śmiechem, Hot shots. Ten humor zaskakuje do granic możliwości. Z najbardziej poważnej rzeczy można zrywać boki, a dodatkowo, jeżeli parodiuje ona znaną pozycję książkową lub filmową, posiadającą swoich zagorzałych fanów, zabawa wydaje się gwarantowana, a na pewno nie przechodzi się obok tego obojętnie. Szyfr Jana Matejki jest właśnie taką książką. Z polskich twórców filmowych cenię (bardzo!), niestety nieżyjącego już, Stanisława Bareję.

ZwB Świenty ma również filmowe pochodzenie? Co to za postać? Czy coś ją łączy ze Świętym?

D.R. Ziutek Świenty, niewydarzony policjant, który ma specjalny dar do przekręcania nazwisk i nazw własnych, staje się kluczową postacią intrygi, kiedy przez przypadek dowiaduje się kilku szczegółów z życia rodziny Krystyny Sprawy. Dlaczego w udziale przypadło mu takie właśnie imię – Józef – i nazwisko? Można się tego dowiedzieć, śledząc dokładnie początkowe rozdziały Szyfru. Jest fajtłapą, rodem z niektórych dowcipów o policjantach, zgrywającym twardziela i niejednokrotnie przyprawiającym o zawrót głowy zarówno innych bohaterów książki, jak i czytelników. To właśnie od tych ostatnich słyszałem już kilka razy: „O, Boże! Coś ty zrobił z tym gliniarzem! Przecież żal faceta” – przy czym wypowiedź kończy się wybuchem śmiechu. Ponieważ Szyfr ma w pewnym stopniu parodiować Kod, Ziutek musiał być krzywym odbiciem Roberta Langdona. Świenty to także niefrasobliwie „przekalkowany”: i Agent 007, i Simon Templar – niczym Johnny English, ale w naszej, krajowej wersji.

ZwB Lubi Pan przekręcać słowa i bawić się ich wieloznacznością?

D.R. Gdybym w tym miejscu miał opowiedzieć kilka słów o sobie ustami Ziutka Świętego, wyglądałoby to mniej więcej tak: „Radka Koszera poznałem, kiedy napisał o mnie książkę. Mieliśmy się zapisać do Klubu Uwiedzionych Panów Atrakcyjnych, ale nie wiem czemu nie spodobał mu się skrót tej organizacji. O, przepraszam! Zrobił się przeciąg! A może wyciąg? Bo na pewno nie odciąg... Chrzanić to! Kalendarz właśnie spada mi ze ściany! Bronek! Złap go! Jak to jak?! Kopnij, na przykład... O, matko! Bronek zemdlał... chyba...” – teraz sobie przeczytajcie to jeszcze raz... 

ZwB Radku Koszerze, Pana książka – jak już wspomnieliśmy – jest bardzo filmowa. Czy trudno było przedstawić tak zabawne sytuacje i gagi nie za pomocą obrazu, ale słowa właśnie?

D.R. Jestem w tej szczęśliwej grupie autorów, których książka jest bez obrazków. Dlaczego? Ponieważ to właśnie słowa budują wyobraźnię. A poza tym gagi sytuacyjno-słowne występujące w Szyfrze wymagają od czytelnika szybkiego i inteligentnego kojarzenia faktów. Tekst, podobno dla niektórych głupi, jest właśnie totalnie inny. I powiem więcej – kierowany jest do osób „obytych”. Obytych z filmem, książką, kulturą i historią. Tylko tacy mogą w pełni docenić kunszt Szyfru. Sorry, zabrzmiało to bufonistycznie (jest takie słowo?), ale recenzje, które już się ukazały, pozwalają mi na powyższą wypowiedź.

ZwB Nie miał Pan problemów ze skończeniem pisania? „Oni” przecież śledzą każdy nasz krok...

D.R. Ha, ha, ha. No tak. Ja też obserwuję „ich” na każdym kroku. Mam jednak nadzieję, że: po pierwsze – wysłanie Wan-dżin-sana na Tatooine na chwilę chociaż odsunęło od naszego kraju groźbę przejęcia władzy przez Sam-Wiesz-Kogo. Po drugie – Krystyna Sprawa nie była ostatnim Wielkim Mistrzem ZK. Proszę pamiętać, że Wiktoria jest ciągle „w akcji” :)

ZwB A kim dokładnie są Wielcy Mistrzowie ZK? To zdaje się wielce znaczące dla naszej historii postacie. Zdradzi nam Pan, kto jeszcze jest wśród nich ze współczesnych wielkich?

D.R. Wielcy Mistrzowie ZK, czyli zakonu Zabić Kitajca, to tak strasznie tajna lista, że nie znajdzie jej Pani nawet na dworcu w Czeladzi. Hehehe...

W książce zaliczyłem do nich między innymi: króla Jagiełłę, Jana Długosza, Mikołaja Kopernika, Jana Kochanowskiego, Adama Mickiewicza, Edwarda Gierka, no i oczywiście Krystynę Sprawę i Jana Matejkę. Zatem panteon znakomitości (może z wyjątkiem Krystyny Sprawy), którzy – niech teraz rozpęta się narodowa dyskusja – MOGLI być Wielkimi Mistrzami zakonu Zabić Kitajca i za wszelką cenę starali się przeszkodzić w objęciu polskiego tronu przez rasę żółtą. No niech ktoś spróbuje udowodnić, że nie byli...

Starałem się najmniej jak mogłem wplątywać w historię Szyfru Jana Matejki współczesnych wielkich, bo: po pierwsze – nie mam przekonania, czy są wielkimi, a po drugie – unikałem jakichkolwiek współczesnych podtekstów politycznych. Jedynym „widocznym” wyjątkiem może być wspomniany zaledwie pan Gałęziowski, prezes klubu „Pierścień” Sławków, którego nazwisko można skojarzyć... no wiadomo z kim. Być może za pięćdziesiąt lat napisze ktoś Tajemnicę Kossaka i wtedy uda mu się wykorzystać „tajne stowarzyszenia” współczesnych wielkich.

ZwB Taaak... Materiału nie zabraknie. Panie Dariuszu, lubi Pan rozwiązywać zagadki detektywistyczne? Słyszałam o Morsie i Pinky... to jakieś ciekawe, bardzo sprytne postacie, prawda?


D.R. Dwójka dziesięcioletnich, szkolnych detektywów, od których rozpocząłem moją przygodę z literaturą. Ich przygody są podobno kontynuacją linii pisarskiej takich twórców, jak Niziurski, Nienacki, Bahdaj i Szmaglewska (pragnę w tym miejscu powołać się na pierwszą recenzję wydawnictwa MyBook oraz ocenę nauczycieli, którzy jako jedni z pierwszych mieli okazję poznać przygody Leszka i Ali). Seria Mors, Pinky i... liczy w tej chwili trzy wydane książki oraz cztery kolejne, które czekają na swoją szansę. Planuję, aby w roku 2008 ukazały się części oznaczone numerami 4, 5 i 6. Mors i Pinky to stworzone przeze mnie dla młodych czytelników wzorce osobowe, jakich z trudem można się doszukiwać we współczesnej prozie przygodowej (fabularnej). Książki z tej serii dzieją się w świecie nad wyraz realnym, w którym dobro to dobro, a zło to zło. Zupa pomidorowa jest zawsze zrobiona z pomidorów, ewentualnie z przecieru, a nie wyczarowana czarodziejską różdżką. Nie ma tam latających samochodów, pająków wielkości słonia czy szaf, przez które przechodzi się do alternatywnych światów. Jest za to „normalna” szkoła (trochę podobna do tej, którą sam pamiętam ze swoich szczenięcych lat), cechująca się szacunkiem do nauczycieli i zdrową rywalizacją, prowadzącą do zdobycia wiedzy. Zrobiło się słodko. Zatem, uwaga! Leszek i Ala oraz ich kumple ściągają na klasówkach, wylatują z klasy, jeżeli ich zachowanie nie podoba się belfrom, a nawet zaplątują się w kryminalne afery, w których ścigają prawdziwe, czarne charaktery (zacząłem rymować? Nieeeee, poezji to ja nie zamierzam wydawać hehehe). Starałem się, aby tok akcji w książkach z serii Mors, Pinky i... zachęcał młodych czytelników do rozwiązywania szeregu detektywistycznych (i nie tylko) zagadek, stawianych przed Leszkiem i Alą. Na jednym ze spotkań autorskich, na których spotykam się z fajnymi dzieciakami, padło kiedyś pytanie: „Czy chciałby pan, aby pańskie książki stały się lekturami szkolnymi?” .Odpowiedziałem bez zastanowienia: „bardzo!”.

ZwB Oby tak się stało ;-) A ma Pan dla naszych czytelników jakąś zagadkę?

D.R. Ponieważ Szyfr Jana Matejki to jedna wielka parodia, proszę odpowiedzieć na pytanie: PARODIĄ CZYJEJ POSTACI JEST JEŹDZIEC ZNAJDUJĄCY SIĘ NA OKŁADCE MOJEJ KSIĄŻKI?

ZwB I jeszcze jedno podchwytliwe pytanie na koniec. Odbywa Pan wiele spotkań autorskich. Gdzie w najbliższym czasie będzie można Pana spotkać?

D.R. Ponieważ chciałbym, aby odpowiedź na to pytanie była ZAWSZE aktualna, to ZAPRASZAM MOICH KOCHANYCH CZYTELNIKÓW na strony internetowe, na których można znaleźć czas i miejsce akcji – czyli gdzie, kiedy i w jaki sposób można mnie dotknąć, powąchać, a nawet otrzymać dedykację i autograf. Odpowiadając podchwytliwie na podchwytliwe pytanie – PRZYBYWAJCIE KOCHANI, BO TO DZIĘKI WAM – CZYTELNIKOM – MOGĘ O SOBIE POWIEDZIEĆ, ŻE JESTEM PISARZEM.

http://www.szyfrjanamatejki.pl/news.php

http://www.mors-pinky.pl/spotkania.php

 

I barrrrrrrrrrrdzo dziękuję za zaproszenie mojej skromnej osoby do tego przemiłego wywiadu!

ZwB Ja również bardzo dziękuję.

Wywiad przeprowadziła J. Świetlikowska

 

Nie daj się zabić Siostrzyczce! - Rekosz o swej nowej powieści

W makabrycznych thrillerach czuję się jak ryba w wodzie - wywiadzik z Dariuszem Rekoszem

Książki Dariusza Rekosza na ZwB

Kod Dariusza Rekosza - wywiad

Zainspirowane Gdańskiem - wywiad z autorami tomu Tajemnica Neptuna

 

DARIUSZ REKOSZ – urodzony już jakiś czas temu w Zagłębiu (czerwonym!!!). Pomimo tego, że mąż i ojciec (znaczy – w pełni sprawny, wprawny i z atestem), nie umie wyzbyć się chorobliwego rozśmieszania ludzi, na każdym kroku i o każdej porze.

Wykształcony za państwowe, a także prywatne pieniądze, uprawia zawód, który nijak się ma do pisania książek. A jednak! Spróbował najpierw dla dzieciaków, a potem dla nieco dojrzalszych czytelników.

Uwielbia piłkę nożną, ale tylko wtedy, gdy nasi wygrywają. W innym przypadku przerzuca kanał na Discovery albo rozwiązuje krzyżówki. Bardzo lubi soboty i niedziele, bo – oprócz tego, że nie idzie do roboty – może wtedy rządzić w kuchni, gdzie czuje się najlepiej!