Zyga Maciejewski to twardy chłop

17.10.2008

Zyga Maciejewski to twardy chłop

Z okazji premiery najnowszej powieści Marcina Wrońskiego (Kino Venus, Wydawnictwo Red Horse) poprosiliśmy  Autora o krótki wywiad.

ZwB Panie Marcinie, jak się czuje komisarz Maciejewski? Wiele się u niego działo ostatnio...

Kino VenusMarcin Wroński Dziękuję w jego imieniu, Pani Jolu, dobrze :) Zyga Maciejewski to twardy chłop, wiele przetrzyma. Choć faktycznie, w Kinie Venus spotkało go niemało: bo i „kop w bok”, czyli złośliwe przeniesienie z Wydziału Śledczego do komisariatu w dzielnicy żydowskiej, i nieoficjalne śledztwo prowadzone na własną rękę, i gorący romans z nieprzewidzianym zakończeniem... Ale co nas nie złamie, to nas wzmocni, prawda? Jestem w trakcie planowania kolejnych „Komisarzy Maciejewskich” i przynajmniej z tych planów wynika, że zachowa równowagę psychiczną. Co wcale nie znaczy, że będzie się działo u niego dużo mniej, oczywiście.

ZwB ;-) Ponoć jedną z Pana obsesji (pozytywnych oczywiście) jest Lublin, tak często Pan zeznaje w wywiadach. Udało się Panu napisać coś nowego o tym mieście w najnowszej książce? Jakie wątki z historii Lublina tym razem Pan eksponuje?

M.W. Ależ tak, udało się. Jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że historia Lublina – w porównaniu choćby z historią Warszawy – jest naprawdę mało znana, nawet dla tubylców. W tej sytuacji nowe jest prawie wszystko. O ile Morderstwo pod cenzurą było w większej części kryminałem polskim, Kino Venus jest polsko-żydowskie. A może nawet żydowsko-polskie. Wszystko przez nowe miejsce pracy Zygi Maciejewskiego, który musi służbowo bywać w mieszkaniach żydowskiej biedoty, a nawet prowadzić śledztwo w hachszarze – czyli kibucu przejściowym, w którym młodzi syjoniści przygotowywali się do wyjazdu do Palestyny. Szczegóły prowadzonej przez niego sprawy są oczywiście fikcyjne, ale kręci się ona wokół jak najbardziej historycznego, zarazem wciąż aktualnego problemu – handlu kobietami. Już w XIX w. ten biznes zmonopolizowała międzynarodowa organizacja przestępcza kierowana przez żydowskich bossów – gang Cwi Migdal. Początek lat 30. XX w. to moment, w którym policji kilku krajów udało się ją częściowo rozbić – co nie znaczy: zlikwidować. Na lubelskim podwórku z niedobitkami Cwi Migdal musi się zmierzyć właśnie Zyga Maciejewski. Choć fikcja literacka pozwala na dużą swobodę w dobieraniu faktów czy dat i z tej swobody skwapliwie korzystam, jednak autentyczne są lubelskie „ulice czerwonych latarni”, autentyczny jest także kabaret „Frascatti”, w którym ten proceder rzeczywiście miał miejsce.

ZwB A działa jeszcze ten kabaret?

M.W. Nie, po „Frascati” nie zostało nic. Jeszcze w latach międzywojennych zrobiono z niego kino, a dziś nie ma nawet budynku. Właśnie w tym rzecz, że właściwie po co najmniej połowie przedwojennego Lublina nie ma już śladu, a w jej miejscu stoją różne koszmarki. Rekonstrukcja brył starych kamienic jest dziś modna, np. w Lublinie trwają przymiarki do wyburzenia domu towarowego w stylu gomułkowskim i zbudowania repliki hotelu, który stał tam przed wojną. Ja robię to samo co ci retro-architekci, tylko taniej.

ZwB Rzeczywiście, Lublin jest mało znany, a jeszcze przed Panem nikt chyba nie uczynił go miejscem akcji kryminału. To Pana ogromna zasługa. Losy bohaterów z ogromnym wyczuciem i subtelnością wplata Pan w losy miasta. Nie ma tu natrętnych wyliczeń nazw ulic czy tym podobnych zabiegów. Miasto jest autentyczne i doskonale współgra z fabułą. Każde miasto chciałoby się dorobić takiego kryminalnego autora;-) A jakie są Pana typy kryminalnych miast? Tych „napisanych” już i tych nienapisanych? Zazdrości Pan komuś miejsca akcji? Są jakieś miasta, które chciałby Pan uczynić treścią własnych powieści?

M.W. Niezwykle się cieszę, że mówi to właśnie Pani – oddalona od Lublina o dobre kilkaset kilometrów, a więc będąca bardziej wiarygodnym testerem ;) Z wielkim trudem przyszłoby mi rekonstruować miasto, którego nie znam na wskroś – nie tylko z wyuczonej historii, ale z wyczucia jego pulsu. Bo przyzna Pani pewnie, że różne miasta mają różny puls – np. Warszawa ewidentnie cierpi na nadciśnienie, a Nałęczowa nie obudziłyby nawet trzy kawy na czczo :) Żeby jednak dobrze taki puls poczuć, trzeba gdzieś pomieszkać i jakoś się z tym miejscem zintegrować. W przeciwnym wypadku autorowi grozi popadnięcie w stereotypy albo historię martwą, czyli np. w upiorne wyliczanki nazw ulic albo rodowody właścicieli kamienicy, obok której bohater tylko przechodzi. Być może to ogólne prawo, a może wynika tylko z moich własnych ograniczeń, jednak nie podjąłbym się budowania „powieści miejskiej” jedynie na podstawie wrażeń turystycznych albo lektur. Pewnie prędzej czy później napiszę coś o Kazimierzu nad Wisłą, w którym spędziłem sporo czasu, natomiast nie wiem, czy zdołam napisać coś z sensem o Sandomierzu, choć chciałbym, bo mnie zauroczył jak mało które miasto. Z tego samego powodu nigdy nie zazdrościłem nikomu miejsca akcji, bo kluczem wcale nie jest to, że Nowy Jork nadaje się na akcję dobrego kryminału, a Mańkutowo nie i koniec. Lublin też się niby nie nadawał, a jednak się nadał. Pisarz jest trochę jak kloszard przegrzebujący śmietniki – szuka tematów, które inni minęli obojętnie. Takich skarbów jest cała masa na każdym wysypisku, w Mańkutowie też. Trzeba tylko znać swój „śmietnikowy rewir” i naprawdę chcieć znaleźć.

ZwB Panie Marcinie, jak Pan pisze swoje powieści? Daje się Pan prowadzić bohaterom? Zyga bywa dominujący;-)))

M.W. Owszem, bywa, ale nawet Zyga musi się mnie przynajmniej trochę słuchać ;-) Podstawą jest zawsze historia lub przynajmniej historyczna plotka. Staram się szukać takich, które z jednej strony dobrze oddają klimat epoki, a z drugiej są aktualne również dziś. Gdy w Morderstwie pod cenzurą opisywałem patriotyczną histerię lat 30. XX w., z telewizora patrzył na mnie minister Giertych i opowiadał o swojej wizji nowego „urzędowego patriotyzmu”. Gdy wikłałem biednego Zygę Maciejewskiego w kryminogenny trójkąt: władza-media-pieniądze, o podobnych trójkątach rozprawiały jak najbardziej nam współczesne sejmowe komisje śledcze. Podobnie główny wątek żydowski Kina Venus to wcale nie sentymentalna opowiastka z nieistniejącego już mikroświata żydowskich zaułków, ale niemalże publicystyczny materiał o ładnej, biednej i naiwnej dziewczynie gotowej na wszystko, byleby nie być biedną. Ta z powieści nazywa się Salka, dziś takie dziewczyny mają na imię raczej Sandra albo Violetta – ale to jedyna różnica. Właśnie takim kluczem posługuję się, myśląc o kolejnych kryminałach z Maciejewskim w roli głównej. Mniej interesuje mnie historyczny skansen, bardziej historia wciąż aktualna. Zarazem mam nadzieję, że dzięki temu zainteresuje również czytelników, którzy niekoniecznie są zawodowymi historykami lub maniakami międzywojnia.

ZwB To osnowa, jądro książek, a fabuła?

M.W. Mając taką bazę, staram się możliwie precyzyjnie naszkicować plan zdarzeń, miejsca, scenerię i okoliczności. Ta część pracy zbliża mnie chyba najbardziej do Zygi Maciejewskiego, bo z policyjną czujnością zaczynam czytać artykuły zawodowych historyków, jakby to były protokoły przesłuchań. Na ogół to, co historyk naprawdę chciał zeznać, co uważał za ważne, dla mnie jako pisarza jest w najlepszym razie średnio interesujące. Zaciekawiają mnie te elementy zeznań naukowych, które wymykają się historykowi przy okazji i niechcący – dotykające szczegółów, konkretnych losów ludzkich, drobnych absurdów... Pisząc o Lublinie, jestem jednak w tej szczęśliwej sytuacji, że jako mieszkaniec tego miasta, czuję jego klimat. Poza tym korzystam ze zbiorów Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN”, który zajmuje się gromadzeniem i udostępnianiem w internecie wszystkiego, co o Lublinie napisano – w tym nie tylko artykułów potwornie naukowych, ale też zapisów „historii mówionej”, ikonografii czy skanów ważniejszych czasopism z różnych epok. Grzebiąc w tych materiałach, często natrafiam na obiecujące wątki, które być może staną się tematami kolejnych moich kryminałów.

ZwB Jest więc Pan jako autor również śledczym, komisarzem Marcinem Wrońskim? ;-) To trudne zajęcie? Zawsze wiedział Pan, że będzie pisarzem-detektywem?

M.W. A wie Pani, w pewnym pokrętnym sensie tak :) Sam pomysł wyciągania i zaplatania z fikcję historycznych drobiazgów krążył mi po głowie już ponad 10 lat przed Komisarzem Maciejewskim. Że pójdzie to w stronę kryminałów, nie wiedziałem, to była tylko jedna z opcji. Nawet nie wiem, czy krążył bezproduktywnie tak długo, bo to trudne, czy tylko nie miałem pomysłu, jak to najlepiej ugryźć. Na pewno blokująca jest świadomość, że historia to cała masa wzajemnie powiązanych faktów – nawet zawodowi historycy mają z tym problem, więc łatwo się wygłupić. Ale w końcu zmęczyło mnie myślenie o tym, co się nie da, i zacząłem myśleć o tym, co się da.

ZwB Czyta Pan oczywiście kryminały? Poleci Pan naszym czytelnikom jakieś tytuły?

M.W. Tego pytania właśnie się bałem :) Większość moich lektur to prace historyczne czy stare gazety, na śledzenie ukazujących się kryminałów nie zostaje mi wiele czasu. Dlatego postępuję konserwatywnie niczym inżynier Mamoń z Rejsu, co to lubił tylko te piosenki, które już słyszał. Podobnie ja sięgam po kryminały tych autorów, których już znam – głównie Marka Krajewskiego i Borysa Akunina. Marek Krajewski jest dla mnie prawdziwie bratnią duszą literacką ze względu na wspólne fascynacje międzywojniem. Jeśli zaś chodzi o Akunina, szczególnie poleciłbym jego zbiór opowiadań Historie cmentarne, w którym eseje historyczne i fabuły kryminalne pięknie splatają się w spójną całość.

ZwB Długo Pan pisał Kino? Wspominał Pan też, że planuje już kolejne powieści?

M.W. Samo pisanie zajęło mi około trzech miesięcy, ale oczywiście trzeba do tego doliczyć czas poświęcony na przygotowania, plany, lekturę – tyle że to się działo przy okazji innych prac i nie potrafię tego policzyć. Nie potrafię także dlatego, że wymyślanie kolejnych powieści często się na siebie nakłada. W tej chwili mam zaczęte koncepcyjnie trzy kryminały o Maciejewskim w różnym stadium rozgrzebania. Kusi mnie na przykład, aby przeskoczyć nieco w czasie i opisać, co działo się z Zygą, Zielnym i Fałniewiczem podczas II wojny, a potem wrócić jeszcze do lat 30. Jednak jeszcze się nie zdecydowałem.

ZwB To chyba ekscytujący stan? Takie zawieszenie między kilkoma książkami... równoległe pisanie... Czy w trakcie pisania myśli Pan o czytelniku? Zastanawia się Pan nad jego odbiorem?

M.W. Oczywiście, dlatego podczas pisania dużo skreślam, a także każdy mój tekst jest poddawany gruntownej krytyce żony i przyjaciół. Z tym że to nie jest tylko moje dziwactwo. Każdy ze znanych mi osobiście pisarzy pracuje podobnie. Natomiast stan zawieszenia między kilkoma książkami istotnie jest ekscytujący. Dzięki temu mam złudne wrażenie, że jestem kreatywny ;)

ZwB Panie Marcinie, Kino Venus lada moment będzie w księgarniach, przed Panem zapewne wiele spotkań autorskich, wywiadów. Gdzie będzie można Pana spotkać?

M.W. Najwcześniej w Lublinie, gdzie nowa książka będzie miała swoją premierę. Już 19 października o 21.30, gdy książka pewnie będzie dopiero dojeżdżała do księgarń, Radio Lublin wyemituje słuchowisko oparte na jej motywach w adaptacji Małgorzaty Żurakowskiej i z moim ulubionym Tomaszem Bielawcem w roli Maciejewskiego. Zapewne będzie to też okazja do rozmowy w studiu, może także z udziałem słuchaczy. W czwartek 23 października o godz. 18 wraz z Wydawnictwem Red Horse i zaprzyjaźnionym Teatrem NN szykujemy multimedialną premierę Kina Venus w knajpie „Kabaret” na Starym Mieście, na którym to rozegrało się wiele scen z powieści. Następnego dnia, 24 października, w równie zasłużonym dla akcji Morderstwa... i Kina Venus hotelu „Europa” będę podpisywał książki w specjalnie tego dnia zainstalowanym tam przedwojennym komisariacie, którego wyposażenie wiele lat zbierał p. Kamil Zydlewski, policjant z Lubartowa. W sobotę 25 października o godz. 13 będę na Targach Książki w Krakowie, a pod koniec listopada odwiedzę Opole (19 XI), Wrocław (20 XI), Toruń (21 XI) i być może Gorzów Wielkopolski. Tyle planów sprecyzowanych, ale na pewno pojadę też w inne miejsca, nie mówiąc już o kolejnych spotkaniach w samym Lublinie, które mają wyjątkowy charakter, ponieważ tu Komisarz Maciejewski jest odbierany przez wielu czytelników przede wszystkim jako powieść historyczna, a dopiero potem kryminał. Zapraszam na swoją stronę internetową lub na witrynę Red Horse'a – staramy się, aby wszystkie informacje i zaproszenia były umieszczane na bieżąco.

ZwB Trzeba też dodać, że na tej stronie znajdziemy wiele informacji o Panu samym;-) No właśnie, muszę tu Pana przepytać – jakie ma Pan hobby?

M.W. No wie Pani, na ogół właśnie pisanie książek uważa się za hobby, posiadanie kolejnego byłoby z mojej strony wręcz nieprzyzwoite :) Pozostały jednak we mnie echa z czasów szkolnych, gdy miałem być zoologiem, a nie żadnym tam retro-kryminalistą. Wciąż interesuje mnie przyroda, szczególnie różne stwory zimnokrwiste. Wraz z żoną od lat dzielimy mieszkanie z piątką żółwi, żabą szponiastą i pająkiem ptasznikiem. Kiedyś faktycznie można było mnie nazwać terrarystą, ale teraz jest to już raczej życie w komunie z naszymi pokracznymi przyjaciółmi.

ZwB Muszę Panu powiedzieć, że zazdroszczę mieszkańcom wszystkich tych miast, w których Pan się zjawi! Może to też dobry pomysł na kryminalną intrygę? Zabójstwa dokonane przez zazdrosnych czytelników... ;-) Ale może i w Trójmieście Pan będzie?

M.W. Pani Jolu, skoro takie kryminalne fabuły chodzą Pani po głowie, to obawiam się, że nie będę miał innego wyjścia. Chciałbym jeszcze trochę pożyć.

ZwB Serdecznie dziękuję za rozmowę.

M.W. I ja dziękuję serdecznie.

 Wywiad przeprowadziła J. Świetlikowska 

 

Polecamy też poprzedni nasz wywiad z Marcinem Wrońskim

Wroński w Europejskim 

Maciejewski w Staromiejskiej - relacja