Mały żart naukowy

07.10.2007
Mały żart naukowy

ZwB Stworzona przez Pana postać komisarza Drwęckiego ma wiele cech, które potwierdzają dezyderaty ogłoszone na Pana stronie. To bardzo honorowa postać, uczciwa, ciepła, szarmancka wobec kobiet. To dosyć niedzisiejsze cechy, mało popularne. Dlaczego zdecydował się Pan je nadać swojemu bohaterowi?

Konrad T. Lewandowski Bo to miał być niedzisiejszy bohater... Aczkolwiek te kody honorowe jeszcze funkcjonują tu i ówdzie na warszawskich podwórkach. Jak dorastałem, były normą. Z dezyderatem nie widzę związku, nawet mi to nie przyszło do głowy.

ZwB W Pana powieściach kryminalnych widać niezwykłą swobodę w posługiwaniu się gwarami, stylizacją. Lubi Pan zabawę słowem?

K.L. Kwestia wprawy i warsztatu. Stylizacja dialogowa to normalny element pisarskiej kuchni. Aczkolwiek, nie spodziewałem się, że uda mi się tak dobrze uchwycić ducha gwary lwowskiej w wypowiedziach Gryfka. W Bogini z labradoru używałem bałaku po raz pierwszy. Jeszcze większym zaskoczeniem były poszukiwania dialektu wysoko lwowskiego do wypowiedzi dyrektorowej Zasławskiej. Okazało się, że to jest współczesna literacka polszczyzna, która trafiła do słowników poprawnej polszczyzny prosto z lwowskich salonów... Natomiast mowa Wiecha to mój drugi język. Używam go rzadko, ale mam we krwi.

Ta swoboda skończyła się jednak w przypadku gwary poznańskiej, której używam w trzeciej części przygód Drwęckiego (Elektryczne perły, już skończone). Mowa poznaniaków okazała się zbyt hermetyczna. Aby się nią bawić, trzeba dobrze znać niemiecki.

 ZwB W swoim życiorysie na stronie podaje Pan informację, że bywa Pan też instruktorem na warsztatach literackich i dziennikarskich. Czytelników na pewno zainteresuje możliwość uczestnictwa w takich warsztatach, na przykład kryminalnych. Wciąż się Pan tym zajmuje?

K.L. Już nie. Zmęczyło mnie to po 9 latach praktyki. Na dodatek to zajęcie mało satysfakcjonujące – 90% czasu zabiera jałowe użeranie się z grafomanami, reszta to wychowywanie sobie wrogów. Ambitny autor nie daruje temu, kto go uczył pisać. Musi wdeptać mistrza w ziemię, inaczej zresztą nie będzie nic wart.

ZwB Powróćmy więc do wydanych kryminałów. Pierwszy z nich, Magnetyzer, opiera się na zagadnieniu istoty słowa i jego wpływu na życie ludzi, nawet na ich tożsamość. Na ile to przekonania tytułowego magnetyzera, a na ile Pana jako twórcy?

K.L. Mały żart naukowy. Razguninow jest po prostu prekursorem socjobiologii i teorii memów, tyle że opowiada o tym językiem przełomu XVIII i XIX wieku. Zbieżność z nazwiskiem Rasputin też nie jest przypadkowa, zorientowani powinni skojarzyć opisy twarzy... Zainspirowały mnie także plotki o metodach „programowania ludzi”, stosowanych przez KGB, które podobno wyciekły po rozpadzie ZSRR i zaczęły być wykorzystywane przez różnych szarlatanów. Mówiło się o tym w połowie lat 90., kiedy na Ukrainie objawiła się sekta Białe Bractwo.

ZwB I jak Pan uważa, można tak wpływać na ludzi? Nauka to potwierdza?

K.L. Wpływa się na ludzi perswazją, poezją i dramatem. Nauka może potwierdza to mniej, bardziej literatura. Socjobiologia to zbyt obszerna dziedzina, by redukować ją do kilku ogólników.

ZwB Rozumiem więc, że choć to szalenie ciekawe, nie miejsce to, by o tym tu mówić. Jest Pan naukowcem, doktorem filozofii, ukończył Pan również Politechnikę Warszawską. Na ile Pana wiedza naukowa pomaga Panu w pisaniu powieści?  

K.L. Mam więcej skojarzeń i pomysłów na sytuacje fabularne i na całe powieści. Łatwiej jest zaprojektować zwrot akcji zaskakujący czytelnika. Natomiast trzeba się wystrzegać dygresji erudycyjnych w tekście, bo jak słusznie uważał Franc Fiszer „filozofia jest trucizną literatury”.

ZwB Jest Pan wziętym dziennikarzem. Czym się Pan szczególnie interesuje?

K.L. Zrezygnowałem z zawodu dziennikarza, by pisać książki. Wcześniej zajmowałem się głównie popularyzacją nauki. Dziennikarz jest łatwiej zastępowalny niż pisarz, dlatego ten drugi może się skuteczniej targować.

W ostatnich latach czytam przeważnie książki popularnonaukowe, które potem masakruję na łamach „Czasu Fantastyki”, stąd na przykład socjobiologia i Razguninow. Ostatnio krytykowałem książkę Hanah Arendt Odpowiedzialność a władza sądzenia, a chwaliłem Marka Lilla Lekkomyślny umysł. O literaturze sensacyjnej nie pisałem nic.

ZwB Ale w pracy posiłkuje się Pan lekturami kryminalnymi? Wiele ich Pan przeczytał?

K.L. Trochę „powieści milicyjnych” w okresie nastoletnim, mam za sobą oczywiście Sherlocka Holmesa i  Słomczyńskiego (Joe Alexa), którego przypomniałem sobie po otrzymaniu zlecenia na Drwęckiego. Dopiero wtedy też wziąłem się ostro za Krajewskiego, Akunina i kryminały przedwojenne z opisywanej epoki, na przykład Leo Belmonta.

ZwB Czy można mówić o wpływie tych lektur na Pana powieści?

K.L. Jeśli jest, to raczej wpływ podświadomy.

ZwB Powieści o komisarzu Drwęckim nie epatują krwawymi scenami, nie można jednak powiedzieć, że ich w ogóle ich tam nie ma. Jak sobie Pan radzi z tego rodzaju opisami?

K.L. Mam solidne przygotowanie z medycyny sądowej, którą interesowałem się jako pisarz fantasy (rany, fazy rozkładu zwłok).

ZwB Przed chwilą usłyszeliśmy od Pana, że zakończył Pan prace nad kolejną powieścią z J. Drwęckim w roli głównej. To fantastyczna wiadomość! Kiedy możemy się jej spodziewać w księgarniach? Zdradzi nam Pan parę szczegółów? 

K.L. Tytuł brzmi Elektryczne perły, a o szczegóły proszę pytać wydawcę.

ZWB Nie omieszkamy zatem zapytać. Serdecznie dziękuję za wywiad.

 Wywiad przeprowadziła J. Świetlikowska

 



Konrad Tomasz Lewandowski – ur. 1966 w Warszawie; pisarz fantasy, science fiction i powieści kryminalnych, dziennikarz, publicysta i redaktor. Największe uznanie czytelników zdobył cyklem opowiadań science fiction o perypetiach dziennikarza Radosława Tomaszewskiego z brukowej gazety „Obleśne Nowinki” oraz cyklem fantasy o kotołaku Ksinie.

W 1995 roku otrzymał Nagrodę im. Janusza A. Zajdla za opowiadanie Noteka 2015.

Specjalnie dla Wydawnictwa Dolnośląskiego stworzył postać nadkomisarza Jerzego Drwęckiego, bohatera serii kryminałów retro (Magnetyzer 2007, Bogini z labradoru 2007, Elektryczne perły 2008).