Decydujące cięcie miecza

26.08.2008

Decydujące cięcie miecza

ZwB Panie Mirosławie, Wyspy szerszenia to Pana – po Księdze uczynków, Złotym pociągu i Czerwonym byku – czwarta książka. Jak scharakteryzowałby Pan swoją ewolucję literacką?

Mirosław M. Bujko Trylogię sensacyjną potraktowałem jako wprawkę warsztatową. Myślę że po tych 1500 stronach piszę sprawniej. Teraz kończę kolejną sensację, zatytułowaną Pająk z Góry Katsuragi, ale tylko dlatego, że mnie do tego namówiono i że powieść ma szanse zostać sprzedana na rynkach Dalekiego Wschodu. Ale potem koniec z tym gatunkiem. Jak na razie.

ZwB Ale Pana pierwsza książka jest zupełnie innego typu, prawda?

M.B. Pierwsza książka, choć pisana w wyszukanej konwencji powieści magicznej była bardzo prawdziwa. W tym sensie, że nie potrafiłem się ukryć w tekście i wszystkie rany mojego serca i umysłu wychodzą z niego w sposób niezbyt finezyjny. Ale to był mój debiut jako twórcy powieściowego i tak musiało być.

ZwB Wyspy szerszenia to książka o podwodnym lotniskowcu, rosyjskich i japońskich agentach wywiadów i o sztuce walki między nimi. Co Pana pociągało w takim typie powieści? Trudno było skonstruować intrygę?

Mirosław M. BujkoM.B. Nie uwierzy Pani. O pomysłach na kolejne powieści decyduje z zasady przypadek. Złoty pociąg zaczął się od artykułu Leszka Mazana w "Przekroju", Czerwony Byk od notatki w encyklopedii lotnictwa, Wyspy Szerszenia od modelu Seirana (samolotu szturmowego z Sen-toku), kupionego w dziwnym odruchu w cudownym. magicznym sklepiku na ulicy Dzielnej w Warszawie. Tylko na ostatnią książkę, a więc na Pająka z Góry Katsuragi mnie namówiono, ale imiona i nazwiska wziąłem z płyty z głupim „pseudosamurajskim” japońskim filmem. To Aya Ueta i Yuma Ishigaki. To oczywiście japońscy aktorzy. U mnie to porwana przez północnokoreański wywiad japońska piętnastolatka i jej przyrodni brat. Sama decyzja o wyborze stylistyki i gatunku z pewnością ma swoje źródło w dziecinnej niegdyś fascynacji powieściami Alistaira Mc Leana. Ale ja, pisząc, staram się, żeby nie było żadnych „cudów” typu „zabili go i uciekł”  tak charakterystycznych dla sensacji. Wszystko, co proponuję, jest do bólu możliwe i „weryfikowalne” od strony technicznej, strategicznej, historycznej i politologicznej. Być może także psychologicznej. Choć tego nie jestem taki pewien, bo jednym z moich mistrzów jest Conrad, autor wbrew obiegowym opiniom bardzo mało prawdopodobny od strony psychologicznej. U Conrada wszystko jest w psychice bohaterów na odwrót. U mnie podobnie. Sztuki walki? To sztuki życia i sztuki śmierci. Można zabijać i nie dać się zabić pięknie. Umiejętnie i perfekcyjnie. I to mnie pociąga. Intryga konstruuje się sama. Wystarczy wejść rano do wanny pełnej piany.

ZwB Czy Pana zawód – mam na myśli uniwersyteckie zajęcia – jakoś pomaga Panu w pisaniu?

M.B. Skończyłem dwa wydziały uniwersyteckie – muzykologię i filologię polską i słowiańską. Potem doktoryzowałem się pomiędzy nimi. Jestem tzw. międzakiem, czyli uprawiałem kiedyś uczoność interdyscyplinarną. Przez trzy dekady po studiach zarabiałem z jednej strony jako dziennikarz, z drugiej jako muzykolog. Rozstrzał moich zainteresowań był monstrualny: od tematyki brukowej po wysublimowaną eseistykę tyczącą się estetyki muzycznej i filozofii. Dla przykładu - mam publikacje zarówno w „Hustlerze”, jak i w jakichś „Odrach” i „Przeglądach Humanistycznych”. Od gołej dupy po Doktora Faustusa. To horrendalne. Teraz w ogóle mnie to nie obchodzi, ale oczywiście przydaje mi się cały czas. Teraz obchodzą mnie dwie rzeczy: pisanie i praktyka iaido - właśnie przede mną w sierpniu egzamin na trzeci dan iaido. Może warto dodać, że jestem także trenerem i prowadzę sporo treningów dla biznesu. To - jak wiadomo -  bardzo silne i inspirujące doświadczenie. Uczy ludzkich reakcji i reakcji na te reakcje. Uczy w pewnym sensie panowania nad drugim człowiekiem, które jest niczym innym jak doskonałym panowaniem nad sobą samym. Czymś podobnym jest i pisarstwo, i szermierka.

ZwB To niezwykłe porównanie. W pewnym miejscu Pana tekstu pada wypowiedź: „Iaido jest sztuką odpowiedzi na atak”. Trzymając się porównania pisarstwa i szermierki: jaki atak Pan odparł, pisząc?

M.B. Poruszając się w obrębie sensacji i nie popadając w kicz, odpieram ataki wszystkich tych, którzy uważają, że nie da się tych dwóch rzeczy pogodzić. Jeden z redaktorów opracowujących moje teksty zarzucił mi nawet to, że moja sensacyjna narracja jest jednocześnie pastiszem gatunku i szyderstwem z typowych wpadek literatury sensacyjnej. Ale na szczęście ten redaktor już nie redaguje moich powieści. Choć spostrzeżenie nie jest głupie. Staram się pisać dobrze i wciągać czytelnika w opisywany świat, tak żeby nie mógł odetchnąć. Jeśli miłośnik sensacji nie jest uprzedzony do „literackości”, to moje pisanie mu się spodoba. Jeśli jest, niech sobie kupi Wołoszańskiego. 

Mirosław M. BujkoZwB Pana powieść garściami czerpie z kultury Japonii. Pan sam praktykuje iaido i wytwarza miecze... Czym dla Pana jest ta kultura?

M.B. Przeciwwagą, lustrem, uzupełnieniem kultury Zachodu. Ale oczywiście uzupełnieniem w takim samym stopniu, w jakim Zachód „dopełnia” kulturę Wschodu. Czyli w swoistej równowadze. Na Wschodzie znajduje się dobre odpowiedzi na pytania zadawane na Zachodzie, i odwrotnie oczywiście. W wymiarze osobistym jeszcze czymś o wiele większym kontakt ze Wschodem i wschodnim sposobem postrzegania świata wprowadził moje życie na zupełnie inną drogę, a ściślej dzięki temu tropowi odnalazłem sens we wszystkim, co od tej pory praktykuję, a więc w mieczu i w piórze. Jestem szczęśliwy.

ZwB Wiemy, gdzie można dostać książki Pana autorstwa. A można gdzieś taki miecz przez Pana wykonany kupić?

M.B. Można, choć nie traktuję tego, jako zajęcie zarobkowe. Sprzedałem kilka mieczy w Polsce i za granicą, ale lubię także robić podarunki z moich mieczy. Takich, które z różnych powodów przestałem oglądać. Lepiej, by żyły w czyimś zachwyconym spojrzeniu, niż kurzyły się u mnie na stojaku. Każdy miecz powinien mieć właściciela. Proszę popatrzeć, jak smutne są miecze w muzeum. Nikt ich nie dotyka. Umierają. 

ZwB Przyznaję, że Pana książka mnie zafascynowała. Są w niej wartości, takie jak honor, godność, szacunek... jej rytm jest stonowany i wyreżyserowany jak codzienne ceremoniały, właściwie banalne, ale... Postacie ważą każdy gest niczym aktorzy z japońskiego teatru. A niby to „tylko” powieść sensacyjna... Uważa Pan, że polski czytelnik, wychowany w zachodniej cywilizacji, prowadzący życie raczej w tempie przyspieszonym, biegnący wciąż do przodu po kolejne trofea w menadżerskiej karierze znajdzie w Pana tekście rozrywkę dla siebie?  

Wyspy szerszeniaM.B. Moim najwdzięczniejszym czytelnikiem jest znany aktor Marek Siudym, człowiek bardzo zajęty i prowadzący zwariowane pełne ruchu i szamotaniny życie. Ale Marek jako czytelnik odczytuje bez trudu każde drgnienie moich myśli. To kwestia oczytania i kultury literackiej. Pani też odczytała bez trudu to, co w tym pisarstwie odkrywa się między wierszami. Nawet takie, których jako własnych intencji ja sam do końca sobie nie uświadomiłem. A przecież to „tylko” sensacja. Gdy ktoś tak mówi, odsyłam go zaraz do „tylko” przygodowych powieści Wiktora Hugo czy Aleksandra Dumasa. Rzecz w tym, że według mnie literatura jest sztuką formy, a konwencja powieści sensacyjnej, kryminalnej czy przygodowej bezlitośnie odsłania braki warsztatowe autorów. Dlatego większość woli oniryczne opisywanie bieżącej rzeczywistości. Tu niczego nie trzeba wymyślać, wystarczy dobrze rejestrować. Konstruowanie sensownej dramaturgii jest bardzo trudne. To zapewne jedna z przyczyn, dla której napisałem swoją dalekowschodnią „sagę” właśnie jako sensacyjną. Chciałem sprawdzić, czy potrafię. Teraz tych wprawek użyję w zupełnie innym celu. Ale już z o wiele większą świadomością formy.  

ZwB Cieszę się, że tak Pan myśli. Uważam podobnie: trudno jest stworzyć dobrą dramaturgię, tak samo jak zwięzły wyrazisty tekst. Panu się to świetnie udało. Jeśli tak wyglądają Pana wprawki, to co będzie w następnej książce;-))) A która z postaci przez Pana kreowanych jest Panu najbliższa?

M.B. Dobre pytanie... Mój stosunek do postaci ewoluuje. Najpierw wszystkie postacie w jakimś sensie reprezentują moją osobowość. Mój charakter... Oczywiście w różnych fazach życia i dojrzewania. Z jednymi fazami się utożsamiam. Akceptuję je. Inne pokazuję jako takie, z którymi już się nie zgadzam lub z którymi dyskutuję. Jednym słowem każda z postaci odzwierciedla proces tego, w jaki sposób ja akceptuję samego siebie i jak sam ze swoją osobowością dyskutuję. Potem postacie usamodzielniają się, rozwijają się, odrywają ode mnie. Zaczynają żyć własnym życiem i nieraz stają się nieprzewidywalne. Wiele z nich, szczególnie tych dalszego planu czerpie z osobowości moich przyjaciół i wrogów. Najtrudniej jest postać uruchomić, to znaczy nadać jej taką wiarygodność i wyrazistość, by mogła wchodzić w relacje z innymi postaciami i światem przedstawionym. Jak łatwo zauważyć, nie pojawiają się w moich książkach postacie jednoznaczne, schematyczne. Wszyscy są kompozycją dobrych i złych intencji, szlachetnych i odrażających motywów i postępków. Ocena postaci (również moja) jest trochę taka jak ocena jakiegoś rozliczającego te postępki trybunału. Trzeba brać pod uwagę presję okoliczności zewnętrznych, nie zawsze, bowiem tylko nam pozostawia się wybory pomiędzy dobrem a złem. Świat nieraz zmusza nas do przyjęcia jego wersji. Nie mamy nic do gadania. Nie możemy nawet sami umrzeć.

ZwB Kieruje nami los? Fatum? Siła wyższa?

M.B. Nie ma żadnego fatum. Jest karma. Każdy zajedzie tam, gdzie musi zajechać. Jak mawiał Bułhakowowski Woland, „Każdemu będzie dane to, w co wierzy, a wszystkie teorie są siebie warte”. Na pewne rzeczy wpływu nie mamy i mieć nie będziemy, ale to nie znaczy, że nie trzeba się starać. Trzeba i warto. Im więcej wiedzy o świecie i świadomości samego siebie, tym łatwiej.  

ZwB A dlaczego wybrał Pan taki, a nie inny moment historyczny dla swojej akcji? Też siła wyższa?

M.B. Nie wiem. Moja żona (bardzo zaawansowana raga joginka) twierdzi, że w którymś z poprzednich wcieleń byłem w tamtym miejscu i w tamtym czasie. I byłem wtedy wojownikiem. Proszę nie lekceważyć opinii mojej żony. Jest w końcu PBK (Pradżapita Brahma Kumaris - czyli ulubiona uczennica) u samego Shiv Baby.

ZwB Ja Jej wierzę;-) Chciałam przy okazji zapytać o kryminały, ale ponoć nie czyta Pan już książek...

M.B. Dla jasności. Ja już w ogóle nie czytam współcześnie powstających powieści innych autorów. Wyłącznie to, co jest mi potrzebne w sensie źródła. Żadnej fikcji. Jest w życiu czas czytania i czas pisania. Ja piszę.

ZwB Czerpie więc Pan ze swoich doświadczeń życiowych... Był Pan w Japonii?

M.B. Byłem. Moja żona (druga i zapewne ostatnia) studiowała w Japonii. Skorzystałem z tego. Mając za przewodnika kogoś ze znakomitym japońskim i obytego ze specyficzną japońską rzeczywistością, można w moim pojęciu o wiele lepiej zrozumieć ten kraj. Zamierzam wrócić do Japonii przy okazji egzaminu na czwarty dan. A więc jeśli wszystko się uda, za trzy lata. Tęsknię za Japonią. Przy obecnym kursie jena, dwa razy niższym niż w czasach, gdy podróżowałem po Japonii, sprawa nie wydaje się już taka trudna. Poza tym liczę na to, że do tego czasu Pająk z Góry Katsuragi zostanie przetłumaczony na japoński....

ZwB Oby, nie można żyć z taką tęsknotą...

M.B. Można. Tęsknota jest po to, by powracać i by te powroty były słodkie.

ZwB Jakie są Pana pisarskie plany na przyszłość?

M.B. Taka „powieść-świat” na Nobla. Tytuł roboczy Akademia. Tysiąc stron. Wszystko. Mydło powidło. Do bólu eklektyczne, ale wymyśliłem bardzo pojemną formułę. To będą wszystkie gatunki powieściowe w jednym i w dodatku bardzo z dystansem. W międzyczasie może jakaś miniaturka bardzo romantyczna... Chyba będzie się nazywać Lisien.

ZwB Imponujące;-) Będę trzymać kciuki (po cichu za jakąś kolejną sensację również). I serdecznie dziękuję za rozmowę. 

 

Wywiad przeprowadziła J. Świetlikowska

 

Mirosław M. Bujko (ur. 1951) – doktor nauk humanistycznych, muzykolog, dziennikarz i publicysta. Pracuje w Wyższej Szkole Komunikowania i Mediów Społecznych im. Jerzego Giedroycia w Warszawie. Od lat praktykuje iaido – tradycyjną sztukę japońskiego miecza. Debiutował w 2003 roku napisaną dziesięć lat wcześniej Księgą uczynków, którą Andrzej Drawicz – pierwszy czytelnik książki – nazwał „następnym tomem” Mistrza i Małgorzaty Bułhakowa. W 2006 roku nakładem W.A.B. ukazała się jego druga powieść, Złoty pociąg, którą wydano również w Niemczech i Brazylii. Kolejna książka, Czerwony Byk (W.A.B. 2007), także przekładana jest na język portugalski i niemiecki.