Chcę zabrać czytelnika w podróż wywołującą dreszcz emocji - wywiad z Rickiem Mofiną

16.07.2010

ZwB Choć ma Pan w dorobku kilkanaście świetnie sprzedających się książek, w Polsce dopiero zaczynamy Pana poznawać. Więc na początek pytanie podstawowe: kim jest Rick Mofina? Słyszeliśmy o Pańskich polskich korzeniach...

Rick Mofina Moja matka wychowała się w Kanadzie, jej rodzina natomiast pochodzi z Rosji i Rumunii. Mój ojciec urodził się we Włoszczowej, w Polsce. Był małym chłopcem, gdy wybuchła II wojna światowa. Jego rodzina musiała wyjechać do Lipska, gdzie w latach 1942–1945 pracowała w niemieckich gospodarstwach produkujących żywność dla wojska. Później została przeniesiona do obozu wysiedleńców. Po zakończeniu wojny nikt z rodziny nie wrócił do Polski, wszyscy zdecydowali się rozpocząć nowe życie w Kanadzie. Ojciec miał wtedy 12 lat.

Moja rodzina właściwie nie kontaktowała się z tymi, którzy zostali w Europie, ani ich nie odwiedzała.

Ja dorastałem w Kanadzie, w rodzinie robotniczej, w Belleville w stanie Ontario, na wschód od Toronto. Zacząłem pisać powieści w szkole podstawowej i od tamtej pory nigdy nie przestałem. W wieku piętnastu lat sprzedałem moje pierwsze opowiadanie. Kiedy miałem osiemnaście lat pojechałem autostopem do Kalifornii i na podstawie tego doświadczenia napisałem powieść, która do dzisiaj, o zgrozo, nie została wydana. Studiowałem dziennikarstwo i literaturę angielską, w ramach której byłem na kursie o amerykańskiej powieści kryminalnej. Staż dziennikarski odbyłem w „Toronto Star”, tej samej gazecie, w której pracował Hemingway, a później rozpocząłem pracę dziennikarską, która trwała trzy dekady i zahaczyła o wiele pokojów redakcji informacyjnej. Moje obowiązki zawodowe stawiały mnie twarzą w twarz z mordercami oczekującymi na wykonanie wyroku w celach śmierci w Montanie i Teksasie. Pisałem relacje z przerażającego procesu seryjnego mordercy, o samochodowym napadzie z bronią w ręku w Las Vegas oraz zabójcach policjantów w Albercie. Latałem nad Los Angeles z tamtejszymi policjantami i jeździłem na patrole z Kanadyjską Królewską Policją Konną w rejonie Arktyki. Pisałem także reportaże z Karaibów, Afryki i Bliskiego Wschodu. Kiedy pracowałem jako dziennikarz kryminalny dla „Calgary Herald”, sprzedałem prawa do mojej pierwszej książki. Obecnie pracuję nad trzynastą książką.

ZwB Co interesowało pana w pracy dziennikarskiej? Jak wykorzystuje Pan tamte doświadczenia w swoim pisarstwie?

R. M. Piszę od chwili, gdy miałem jakieś siedem lat. To jest jak nałóg. Pierwszą powieść napisałem w wieku osiemnastu lat. Później przyszły następne. Dopiero około dwadziestu lat później zostałem pisarzem wydającym książki. Moja droga zawodowa zaczęła nabierać kształtu w momencie, gdy w latach osiemdziesiątych rozpocząłem pracę w dziale wiadomości w „Toronto Star”. Kilkanaście lat zabrało mi zrozumienie tego, o czym chcę, czy też muszę, pisać. Zacząłem pisać kilka powieści, a potem je zostawiałem. Science fiction, obyczajowe i inne. Wreszcie któregoś dnia dostałem z redakcji zadanie, by udać się na patrol z policjantami. Jeśli wcześniej nigdy się czegoś takiego nie robiło, to zupełnie nie jest się przygotowanym na to, co się zobaczy. Ma się do czynienia z tym, z czym na co dzień spotykają się policjanci, ratownicy medyczni, strażacy, pracownicy karetek. Dla mnie, za dnia dziennikarza, nocą pisarza, było to olśnienie. Śledzenie z bliska ludzkich tragedii i dramatów było niezwykle poruszające. Z drugiej jednak strony, posiadając dyplom z literatury angielskiej i dziennikarstwa oraz wiedzę uniwersytecką na temat postrzegania śmierci w różnych wyznaniach oraz z zakresu amerykańskiej powieści kryminalnej, czułem, że potrafię nadać sens temu, co doświadczam. Że mogę spróbować przekazać w powieści te prawdy, których sam się nauczyłem. W ten sposób doszło do napisania przeze mnie pierwszej powieści, If Angels Fall. Jej głównymi bohaterami są Tom Reed i Walt Sydowski, reporter i amerykański detektyw polskiego pochodzenia.

Niekiedy brakuje mi pewnych aspektów pracy dziennikarskiej. Nagłego przepływu adrenaliny, gdy wkracza się nagle w całkowity chaos i stara się nadać sens rozgrywającemu się właśnie dramatowi, gdy w wirze wydarzeń znajduje się jakąś historię. Konieczności opowiedzenia tej historii zwykłym, prostym językiem dużej grupie odbiorców, i to w określonym terminie. Brakuje mi współpracy z innymi reporterami, fotografami i redaktorami, wzajemnej wymiany doświadczeń „z frontu”. Nie tęsknię natomiast za rozmowami z ofiarami tragedii. Takie rozmowy, bez względu na to, ile się ich przeprowadziło, nie stają się łatwiejsze.

Pisaniem powieści zajmowałem się na długo zanim zostałem dziennikarzem, tak więc przejście od jednego do drugiego nie stanowiło dla mnie wyzwania. Dziennikarstwo postrzegam jako paszport do doświadczeń, które wzmacniają moje nieustanne dążenie ku napisaniu najlepszej w moim życiu powieści. Kiedy znalazłem się przy biurku wiadomości kryminalnych w „Calgary Herald”, pomyślałem sobie, że to jest właśnie to. Że to jest to bogactwo, z którego mogę czerpać.

ZwB A czy może Pan powiedzieć nam kilka słów na temat współczesnej kanadyjskiej literatury kryminalnej i sensacyjnej. Znamy ją znacznie gorzej od tej ze Stanów.

R. M. Kanadyjska powieść kryminalna znajduje się na listach bestsellerów na całym świecie. Linwood Barclay, Louise Penny, Peter Robinson, William Deverell, Gail Bowen, Anthony Bidulka, Daniel Kalla, Maureen Jennings, Michael Slade, Mary Jane Maffini czy Giles Blunt to tylko niektórzy autorzy kryminałów, cozy mysteries i thrillerów. Znam większość z tych pisarzy. Nie mam żadnego ulubionego, ponieważ wszyscy są świetni w tym, co robią. Aby lepiej poznać kanadyjską literaturę kryminalną, proponuję odwiedzić stronę http://crimewriterscanada.com/cwcNew/index.html.

ZwB Kiedy zrozumiał Pan, ze zostanie pisarzem?

R. M. Mój pęd do pisarstwa narodził się w dzieciństwie, kiedy matka czytała mi do poduszki. Otworzyła przede mną świat naszkicowany słowami pisarzy, który ożywał w mojej wyobraźni. To była niesamowita magia. Chwyciła mnie z taką intensywnością, że musiałem zacząć tworzyć własne opowiadania w oparciu o to, co obserwowałem w rzeczywistości. Na przykład uśmiech mojej matki, gdy ojciec wracał do domu i podawał mi swój pojemnik na drugie śniadanie z jednym ciastkiem, które dla mnie zostawił. Albo jego dłonie poznaczone cienkimi strużkami wysuszonego betonu, gdy rozwiązywał swoje ciężkie, robocze buty.

Obserwowałem świat, w którym żyłem, a potem na tej podstawie tworzyłem światy fikcyjne. W końcu rodzice kupili mi maszynę do pisania, a potem już wszystko poprowadziło do chwili, w której sprzedałem pierwsze opowiadanie pewnemu czasopismu w New Jersey za sześćdziesiąt amerykańskich dolarów. Mój ojciec długo wpatrywał się w czek, starając się zrozumieć, co się stało. W wieku piętnastu lat byłem zawodowym pisarzem. Przynajmniej tak się wydawało. Czekało mnie jeszcze sporo: szkoła średnia, uniwersytet, małżeństwo, rodzina i praca reporterska – i dzięki temu wszystkiemu stałem się autorem kilkunastu powieści sensacyjnych.

ZwB Jak dotąd poznaliśmy tylko jedną Pańską powieść, Sześć sekund. Czy może nam Pan opowiedzieć trochę o pozostałych swoich książkach? Które pan szczególnie poleca?

R. M. Proponuję przeczytać wszystkie moje książki. Najlepszy sposób, by się z nimi zapoznać, to wejść na moją oficjalną stronę  i znaleźć listę wszystkich moich powieści, którą rozpoczyna pierwsza, If Angels Fall  – wystarczy kliknąć na okładkę każdej książki, żeby przeczytać więcej informacji.

Być może polscy czytelnicy mogliby wywrzeć nacisk na polskich wydawców, żeby wydali po polsku moje wcześniejsze książki, zwłaszcza pierwszych pięć, w których głównym bohaterem jest polsko-amerykański detektyw, a towarzyszy mu charakterny dziennikarz kryminalny z San Francisco.

ZwB Ile czasu zabierają panu przygotowania przed napisaniem książki?

R. M. To zależy. Opieram się na tak wielu zasobach: własnym doświadczeniu, rozmowach z innymi na temat szczegółów technicznych, książkach, które czytam, poszukiwaniach w internecie. To się nigdy nie kończy, prowadzę badania w trakcie pisania. Wszystko zależy od tego, czego potrzebuję albo uważam, że potrzebuję. Niemniej jednak nic nie przebije opowiadanej historii i bohaterów; badanie dotyczy tylko miejsca, scenerii i rekwizytów.

ZwB A jak wygląda samo pisanie?

R. M. Wstaję około czwartej rano i przez 30–45 minut przeglądam to, co napisałem poprzedniego dnia. Następnie, przez 30–40 minut, kiedy dojeżdżam autobusem do mojej stałej pracy (jestem specjalistą do spraw komunikacji), robię notatki w specjalnie do tego celu założonym dzienniku. Później pozwalam, by te pomysły dojrzewały w mojej podświadomości przez cały dzień. W drodze powrotnej do domu przeglądam ponownie dziennik i wprowadzam zmiany do notatek. Jeśli wieczorem mam jeszcze dostatecznie dużo energii, staram się naszkicować kilka nowych zdań albo idę sobie na wieczorny spacer z notatnikiem pod pachą, a potem siadam przed telewizorem dla chwili relaksu. Kiedy się kładę, przeglądam moje notatki i dopisuję nowe. W weekendy śpię zazwyczaj do szóstej rano. Pracuję w moim gabinecie: zamieniam notatki w zdania i akapity, które potem przekształcają się w rozdziały. Jeśli wybieram się w podróż, zabieram ze sobą mój laptop i staram się pracować w poczekalniach, na pokładzie samolotu, w hotelu podczas przerw. Tak wygląda porządek mojej pracy, który jest możliwy tylko dzięki temu, że przystosowała się do niego moja rodzina. To dla mnie prawdziwe błogosławieństwo.

Moja żona i dzieci przystosowują się do mnie w niezwykły wprost sposób. Dzieci wiedzą, że tata ciągle siedzi w gabinecie przy klawiaturze i pojawia się wtedy, gdy naprawdę zachodzi taka potrzeba. W innych wypadkach trzymam się ustalonego porządku pisania. To jedyny sposób, by nie zawalić terminów.

ZwB Skąd wziął się pomysł na Sześć sekund?

R. M. Sześć sekund powstała dzięki dopracowaniu szeregu niepowiązanych ze sobą scen, dramatów i wydarzeń, których byłem świadkiem podczas mojej pracy reporterskiej. Na przykład chwytający za gardło, bolesny wywiad z matką zaginionego dziecka. Niedługo przed atakami z 11 września wyjechałem z pracy do Nigerii. W Abuja zobaczyłem w dzielnicy slumsów chłopca, który miał na sobie t-shirt z wizerunkiem Osamy bin Ladena i podpisem głoszącym, że jest to bohater numer jeden. Podczas tej afrykańskiej podróży byłem także w Etiopii. W Addis Abebie widziałem pracujące przy krosnach stare kobiety, które mieszkały w slumsach w potwornych warunkach. Wcześniej byłem nad Zatoką Perską, gdzie rozmawiałem z brytyjskimi pracownikami pomocy społecznej, a także na granicy Kuwejtu i Iraku. Rozmawiałem też z pracownikami organizacji pokojowych z Kanady, zatroskanymi o żniwo, jakie zbierają miny lądowe wśród dzieci, które wyciągają je z piasków wydm. Nigdy też nie zapomnę detektywa kryminalnego z wielkiego miasta, który opowiadał, że miewa koszmary związane ze sprawą, której nie potrafił rozwiązać. Pamiętam też historię sprzed wielu lat, gdy papież Jan Paweł II odwiedzał miasto, w którym studiowałem. Poszedłem go zobaczyć i spotkałem studenta z zagranicy, który robił żarty na temat zabójstwa, podczas gdy świta papieska przejeżdżała obok naszej grupy niedaleko miasteczka uniwersyteckiego. Zacząłem myśleć, żeby zebrać tak wszystkie te elementy i stworzyć z nich jakieś wzajemnie powiązane ze sobą wątki. A gdyby tak zwykłych ludzi w różnych częściach świata spotkały niezwykłe wydarzenia, które mogłyby zmienić bieg historii, podczas gdy zegar odlicza im czas? Załóżmy, że zostało im tylko sześć sekund?

ZwB Jakie są, pańskim zdaniem, podstawowe składniki tej powieści?

R. M. Chciałbym myśleć, że głównym składnikiem każdej mojej powieści jest to, że czyta się historię, której nie sposób zignorować, opowieść o zwykłych ludziach, którzy znaleźli się w kluczowych dla ich życia sytuacjach, opowieść, od której nie można się oderwać, pomimo że obiad się przypala albo pociąg rusza ze stacji, na której należało wysiąść. Chcę zabrać czytelnika w podróż wywołującą dreszcz emocji. Zapinam mu pasy bezpieczeństwa, mówię tylko to, co musi wiedzieć i przestrzegam, żeby się przygotował na podróż życia. I tyle. W innym wypadku, jaki byłby sens tego wszystkiego? No naprawdę. Chciałbyś zainwestować swoje pieniądze i czas w nudną książkę z mdłą i niemiłosiernie ciągnącą się akcją, przy której twoje oczy błagają wręcz, żeby przeskoczyć do następnej strony? Czy może wolisz historię, przy której twoje serce zaczyna szybciej bić? Życie jest krótkie, wybór należy do ciebie.

ZwB Jaka pańska cecha najbardziej przyczyniła się do pańskiego pisarskiego sukcesu?

R. M. Dyscyplina.

ZwB Jakie są pańskie dalsze plany pisarskie? Nad czym pan teraz pracuje?

R. M. Właśnie zakończyłem pisanie mojej dwunastej powieści, która zostanie wydana w USA i Kanadzie na początku 2011 roku. Nosi tytuł In desperation i jest trzecią z serii o Jacku Gannonie. Zamierzam niedługo napisać kolejną książkę z tej serii, a po niej najprawdopodobniej coś niezwiązanego z żadną serią.

ZwB Dziękujemy, że znalazł Pan czas, by z nami porozmawiać. A do wydawcy Pana książki w naszym kraju mamy apel: chcemy więcej Mofiny po polsku!

Wywiad przeprowadzili Bibliotekarz i Anna Sawicka-Chrapkowicz

 

Rick Mofina o Sześciu sekundach

U podstaw działania leży wiara - recenzja

Sześć sekund - konkurs na ZwB

Rick Mofina to kanadyjski pisarz z polskimi korzeniami – jego ojciec jest Polakiem. Zaczął pisać już w szkole. Będąc absolwentem dziennikarstwa oraz literatury angielskiej i amerykańskiej, karierę zawodową rozpoczął jako dziennikarz. Przeprowadzał wywiady ze skazanymi na śmierć mordercami, współpracował z policją, a jego reportaże kryminalne ukazywały się na całym świecie w takich pismach, jak „New York Times”, „Marie Claire”, „Reader’s Digest”, „Penthouse”, „The Moscow Times”, „South China Morning Magazine” oraz w brytyjskim wydaniu „Sunday Telegraph.” Był korespondentem w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Afryce, Katarze, na Karaibach oraz na pograniczu Kuwejtu i Iraku. Po trzydziestu latach pracy w różnych redakcjach postanowił poświęcić się tylko pisaniu i w 2000 roku wydał swoją pierwszą powieść. Za swoje thrillery był już dwukrotnie wyróżniony nagrodą im. Arthura Ellisa. Mofina mieszka w Ottawie z żoną i dwójką dzieci.