ZwB Stosunkowo późno debiutował Pan literacko. Co sprawiło, że po latach pracy jako dziennikarz postanowił Pan pisać powieści?
Rafał Kotomski Debiutował to dobre słowo… Bo pisać zacząłem „stosunkowo wcześnie”, gdy miałem 14 lat. Ale jakoś długo się zbierałem do publikacji, byłem takim pisarzem szufladowym. Zresztą i teraz chowam tam jeszcze to i owo… Moja pierwsza książka, tom trzech opowieści zatytułowany Dwóch morderców w podróży, składała się z tekstów napisanych nieraz ponad 20 lat temu. Różnie to bywa z dziećmi, które wydają na świat dojrzali rodzice. Często są zbyt rozpieszczone. Mam nadzieję, że moje literackie i dość późne „dzieci” dadzą sobie radę i okażą się całkiem samodzielne, a poza tym przyzwoicie „odchowane”.
ZwB Wciąż spotykam autorów kryminałów i thrillerów, którzy byli/są dziennikarzami. Czy doświadczenia z tej pracy przydają się Panu przy pisaniu powieści?
R. K. Wiem, że dziennikarze decydują się na taką drogę, ale w moim przypadku to nie miało żadnego znaczenia. Poza tym – takie są moje doświadczenia z pracy zawodowej – często dziennikarze po prostu źle piszą po polsku. Bez rytmu, bez tego, co nazywam „muzyką tekstu”, nie mówiąc już o stylu. Byle jak, prosto i może nawet komunikatywnie, ale na pewno nie w sposób wyrafinowany językowo. Dobrze, że są i tacy dziennikarze, którzy tę literacką poprzeczkę zawieszają o wiele wyżej… Ja żadnych doświadczeń ze swojej pracy w pisaniu powieści nie dostrzegam, proszę mi wierzyć.
ZwB Wbrew tytułowi Dwóch morderców w podróży – jak sam Pan twierdzi – nie było kryminałem. To niełatwa książka, dość zawiła. Sądzi Pan, że warto ją jednak zareklamować naszym czytelnikom?
R. K. Nie wiem, czy warto. Ale wiem, że to dobra książka. I proszę nie posądzać mnie o jakieś nadmuchane ego, to naprawdę nie w moim stylu. Jeśli ktoś ceni wyrafinowaną zabawę słowami i znaczeniami, nie obawia się podróży w głąb świata pełnego literackich masek, kostiumów i przewrotnych dekoracji, a do tego wierzy, że literatura może próbować poruszać się pomiędzy zmysłami – to warto by po Dwóch morderców w podróży sięgnął. Skoro już nieskromnie tę odpowiedź na Pańskie pytanie zacząłem, to może i w podobny sposób zakończę. Lech Jankowski, wybitny kompozytor, malarz i grafik, twórca muzyki do pierwszych, kultowych już dzisiaj spektakli Teatru Ósmego Dnia napisał, że w Mordercach jest to wszystko, co zawiera się w naszej literaturze między Janem Potockim a Bruno Schulzem. Co więcej mogę dodać?
ZwB To rzeczywiście niezła rekomendacja! W końcu zdecydował się Pan jednak stworzyć coś bardziej rozrywkowego. Jak doszło do napisania Ostrza?
R. K. Zastanawiam się, czy „rozrywkowe” to określenie, z którym mogę się zgodzić. Przyznam, że po pierwszej książce spotkałem się też z opiniami, iż jest hermetyczna, zamknięta na czytelnika, który ma za małe intelektualne zaplecze, jest mniej – by użyć kolokwialnego określenia – „wyrobiony”. I stąd pewnie jakiś pierwszy impuls, z którego zrodziło się Ostrze. Książka do czytania, linearna, skonstruowana przyjaźnie – również dla tych, którzy niekoniecznie pasjonują się słowem pisanym. Ale ważniejsza chyba dla decyzji o powstaniu Ostrza jest moja fascynacja Barokiem. Wie Pan, gdy przechadzam się wzdłuż rzędów alegorycznych figur w czeskim Kuksie albo staję w pałacowej kaplicy i spoglądam na malowidło edukacyjne pod hasłem „Memento Mori”, to jakbym chłonął tamten czas. Zapachy, gesty, modulację wypowiadanych słów. No i – last but not least – tajemnice, jakie kryją się za barokowymi emocjami. I tak narodziła się historia z końca osiemnastego stulecia, osadzona w tamtym świecie i rozgrywająca się w rytm ówcześnie granej muzyki. Wyszedł z niej pewnie jakiś szalony menuet raczej, niż dostojna sinfonia – ale taki już urok pisania. Starałem się, by Ostrze przekazało czytelnikom wszystkie te moje fascynacje. Bardzo silne, odczuwalne prawie namacalnie. Teraz się zastanawiam, czy dałem radę to rzeczywiście przekazać…
ZwB Co to znaczy „bać się inteligentnie”? – tymi słowy zachęcał Pan naszych czytelników do lektury swej nowej książki.
R. K. Użyłem takiej przenośni i proszę nie przywiązywać do niej nadmiernej wagi. Mam wrażenie, że dzisiejsza literatura grozy – jakkolwiek byśmy ją gatunkowo rozróżniali w szczegółach – zbyt często każe bać się zwierzęco, jakoś tak instynktownie. Ja wolę stopniowe budowanie nastroju strachu, lęku, obawy. Tego, kto się decyduje ze mną bać, podniecać nieco tym swoim strachem, nie prowadzę za rękę oczywiście. Ale też nie zrzucam od razu do ciemnej jamy pełnej krokodyli albo nie zwalam mu na głowę ciężkiego stropu z kryształowymi żyrandolami. Od takiego łubudu lepsze jest nastrojowe, intensywne psychologicznie „igranie” z emocjami czytelnika. Trochę jak barokowy labirynt, w którym błądząc, przeżywamy raz uniesienia i ciekawość, innym razem rozpacz, a jeszcze innym zwykły, ludzki strach o własne życie.
ZwB Co Pan sądzi o okładce? Moim zdaniem świetnie oddaje atmosferę powieści.
R. K. Bardzo dobra okładka, profesjonalna i wyjątkowo czytelna w swoim przekazie. Dobrze, że Wydawca nie posłuchał moich sugestii… Początkowo myślałem o jakiejś kombinacji barwy i czarno-białej ilustracji przypominającej akwafortę. Cóż, okazało się, że jednak mało wiem o rynku wydawniczym. Zaś ta okładka, jak wierzę, naprawdę może być poważnym atutem książki w sensie komercyjnym.
ZwB A na marginesie: wiem, że jest Pan też rysownikiem – nie kusiło Pana, by samemu zilustrować swój tekst literacki?
R. K. Zrobiłem to w przypadku Dwóch morderców w podróży. Tam w książce ukazało się osiem moich rysunków. Tym razem nawet o tym nie myślałem, bo Ostrze to całkiem nie powieść w konwencji mojej „cienkiej kreski”. Szczerze mówiąc, nie ośmieliłbym się ilustrować tej książki.
ZwB Dlaczego akcja powieści rozgrywa się przed wiekami, a nie współcześnie? Lubi Pan takie opowieści w stylu retro?
R. K. Od blisko trzydziestu lat słucham muzyki, która najczęściej powstała w dawnych wiekach. Otaczają mnie też takie przedmioty. Zbieram miedzioryty i akwaforty, w większości XVIII-wieczne. Mam trochę starych obrazów i rzeźb. I jak tutaj napisać coś, co pachnie współczesnością? Skoro cały jestem niczym tęskna aria do dawnego świata… Nie wiem, jak to określić, ale mam się za człowieka wielce staroświeckiego. Chociaż jako dorosły człowiek nauczyłem się chyba całkiem przyzwoicie korzystać z dobrodziejstw współczesności. Ale tam, gdzie mogę wykrzyczeć swoją wolność – jak w pisaniu – jest miejsce głównie dla światów, których namacalnie już dzisiaj nie ma. A ja mimo to czuję się ich częścią.
ZwB W Ostrzu opisuje Pan „tajemnicze zdarzenia, które zdają się być projekcją sennego koszmaru”. Ciekaw jestem, jakie lektury uformowały Pana jako pisarza, Pańską wyobraźnię.
R. K. Przyznam, że nie uznaję czegoś takiego jak inspiracje. Gardziłbym też sobą (a to chyba najgorsze, co mógłbym sobie samemu zafundować), gdybym inspirował się pisząc. To formowanie, o którym Pan mówi, nigdy nie jest procesem zamkniętym. Pytanie tylko, na ile potrafimy uporządkować, przetłumaczyć sobie to wszystko, co nas spotyka, co się do nas przykleja, co zostaje. W moim przypadku, obok literatury, to będzie zawsze sztuka, muzyka i teatr. Gdybym miał rozpoznawać lektury to byłoby ich z pewnością wiele. Ale wymienię parę nazwisk: Kafka, Bruno Schulz, Witkacy, Mandelsztam, Bułhakow, Danilo Kiš, Czechow, Axel Munthe, Musil, E. T. A. Hoffmann, Dostojewski, Alfred Kubin. Kiedy czytam któregoś z nich, nie mogę zapomnieć, że istnieje muzyka Bacha, Mahlera czy Szostakowicza. A kiedy patrzę na wspaniałą fasadę barokową w Lubiążu czy gdański Długi Targ, nie umiem cieszyć się nimi w oderwaniu od Vivaldiego czy Haendla. I zapomnieć o wspaniałym, niepowtarzalnym świecie włoskiej commedia dell’arte, tej kwintesencji teatru. I pewnie gdzieś pomiędzy całym tym fascynującym, nieprawdopodobnym ładunkiem piękna, które wytworzyli ci wszyscy przywołani przeze mnie ludzie, przemykają senne koszmary i tajemnicze zdarzenia, których w Ostrzu nie brakuje.
ZwB Ludwik Fryderyk Mercator to niezwykle ciekawy jegomość. Gdzie Pan go spotkał? Skąd wziął się w Pana tekście?
R. K. Jest moją kreacją od początku do końca, który dziś jeszcze nie jest wiadomy… Ludwik Fryderyk Mercator... Powiem Panu, że sam bardzo go lubię i w pewien dziwny sposób jego postać mnie intryguje. Zapewne przydałem mu trochę własnych cech. Najbardziej może taką skrywaną często obawę przed życiem, przed ludźmi… Ale głównie to bohater na miarę swojej wspaniałej epoki. Rozdarty między etosem rycerskim, takim feudalnym monolitem duszy a wątpliwościami, pytaniami, które przyniosło Oświecenie. Moralista, bo przecież nie libertyn. A jednak miewa chwile słabości… Szlachetny kawaler, wszak nie łajdak, prawda? A jednak bywa dość cyniczny, nieco bezwzględny. Mizantrop, który jednak staje w obronie ludzkiej godności, zatem lubi jednak ludzi. Nawet jeśli to brzmi patetycznie, to każę sobie go za to naprawdę podziwiać.
ZwB Czy spotkamy go kiedyś jeszcze, na przykład w kolejnej książce? Aż się o to prosi…
R. K. Miło mi bardzo, że Pan tak uważa. Naturalnie, że nie mogę rozstać się z Mercatorem po takim początku. Sam wiem to chyba najlepiej… Poza tym są jeszcze Aria Lorenzo i Anzelm Montalba, ten kochany mędrzec. Ich też nie mogę porzucić, prawda? Wracając do Ludwika Fryderyka Mercatora, to już zabrałem się za pisanie kolejnej części jego przypadków i przygód. Książka będzie nosiła tytuł Siena, a jej akcja rozegra się w tym właśnie toskańskim miasteczku. Zdradzę tylko, że pierwsza scena to przebudzenie z letargu dopiero co pochowanego nastoletniego chłopca. Mercator jeszcze się tam nie pojawia, ale jego postać nieuchronnie unosi się nad całością, którą mam wciąż pochowaną zakamarkach mojej duszy.
ZwB A inne plany literackie? Myśli Pan o napisaniu prozy współczesnej? Może jakiś inteligentny kryminał?
R. K. Nie chcę się zarzekać, że czegoś nie napiszę albo że będzie odwrotnie. Kryminały raczej są poza moim zainteresowaniem. Poza tym, skoro piszę już Sienę, to zapewne gdy ją skończę, zabiorę się za ostatnią część trylogii z Mercatorem. Myślę też o powrocie do prozy artystycznej, „dość zawiłej” – jak Pan to określił. I w tym przypadku rzecz będzie nazywała się Wędrowni nauczyciele życia, a jej klimat w niczym nie przypominał będzie Ostrza. Raczej Dwóch morderców w podróży, oby w ich najlepszych literackich momentach…
Wywiad przeprowadził Bibliotekarz
Rafał Kotomski (ur.1963) – dziennikarz, rysownik. Był m.in. reporterem TVP i TVN24, wydawcą „Wiadomości” TVP1. Swoje rysunki pokazywał w Lesznie, Wrocławiu (galeria „Entropia”) i Amsterdamie (teatr Engelenbaak). Mieszka w Warszawie. Debiutował książką Dwóch morderców w podróży.
Rafał Kotomski, Ostrze - fragment
Powieść dla tych, którzy lubią bać się inteligentnie - Rafał Kotomski o Ostrzu