Wydawnictwo Świat Książki poleca lekturę niezwykłą: opowieść o Stiegu Larssonie, autorze trylogii sensacyjnej „Millenium”, autorstwa wybitnego brytyjskiego znawcy literatury kryminalnej Barry'ego Forshawa. Patronat medialny nad książką objął serwis Zbrodnia w Bibliotece.
Barry Forshawprzeł. Jerzy Malinowski
premiera: 25 sierpnia 2010 r.
Opowieść o Stiegu Larssonie (1954-2004), autorze trylogii sensacyjnej „Millennium”, która odniosła w świecie niebywały sukces już po przedwczesnej śmierci swego twórcy. Jakim człowiekiem był Larsson, dziennikarz piszący o prawicowym ekstremizmie i rasizmie? Co w jego powieściach ma podłoże autobiograficzne? Czy to możliwe, by „Millennium” napisał nie on, lecz jego długoletnia partnerka Eva Gabrielson? Analiza trylogii, wycieczka śladem jej bohaterów i samego Larssona.
Stieg Larsson podbija Polskę - artykuł Barryego Forshawa
Laptop Larssona - recenzja Mariusza Czubaja
Robię to, o czym zawsze marzyłem! - wywiad z Barrym Forshawem
Barry Forshaw napisał między innymi: British Crime Writing: An Encyclopedia i The Rough Guide to Crime Fiction, a także książki na temat kina włoskiego i nurtu „Film Noir”. Pisuje dla „The Independent”, „The Express”, The Times”, „The Times Literary Supplement”, “Waterstone’s Books Quarterly”, “Good Book Guide” I “Movie Mail”. Jest także wydawcą “Crime Time” i jednym z ekspertów występujących w programie ITV Crime Thriller. Był wiceprzewodniczącym Stowarzyszenia Autorów Literatury Kryminalnej. Oprócz recenzowania książek (przeróżnych gatunków), pisze też o filmie (tworząc książeczki do specjalnych wydań DVD) i wszelkich aspektach sztuki (popularnej i poważnej). Mieszka w Londynie.
Fragment
Zdumiewające jest, jak bardzo lektura książek Larssona angażuje czytelników, ale równie godna uwagi jest reakcja jego kolegów – autorów powieści kryminalnych – i krytyków. Wielu z nich chętnie rozmawiało ze mną o swoim entuzjazmie dla trylogii – choć byli i tacy, którzy krzywili się i mówili: „Mam powiedzieć, co naprawdę o nim myślę?”.
Joan Smith jest cenioną pisarką (autorką robiących tak duże wrażenie książek jak A Masculine Ending), ale z utworami Stiega Larssona ma związek głównie jako dziennikarka i recenzentka, z racji szczególnego zaangażowania w problem ucisku i przemocy wobec kobiet w społeczeństwach muzułmańskich – a były to przecież tematy, którymi interesował się Larsson.
„Od początku byłam jego zwolenniczką – opowiada Smith. – Jego wydawca, Christopher MacLehose, przesłał mi odbitkę korektorską pierwszej powieści, Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet. W tym samym czasie zadzwonił do mnie Peter Kemp z «Sunday Timesa», mówiąc, że ma tę szwedzką powieść, która powinna mi się wydać interesująca. Odpowiedziałam, że połowę już przeczytałam. Wiedziałam już wtedy, że chcę napisać recenzję – i to z kilku powodów. Po pierwsze, uderzyło mnie, jak bardzo ta książka jest nowoczesna. Lubię Henninga Mankella, lubię Håkana Nessera, lubię wielu skandynawskich autorów. Ale kiedy myślę o nich wszystkich, wydaje mi się, że to Stieg Larsson najlepiej opisuje obraz współczesnej Szwecji. Przedstawił ją jako nowoczesne europejskie państwo, nie ma tam tej małomiasteczkowej, rozplotkowanej atmosfery i poczucia, że choć czas upływa, to wokół niewiele się zmienia. W dziele Larssona mamy do czynienia z miastem naprawdę współczesnej ery, współczesnego świata.
Kolejny element, który mnie zaintrygował w jego pierwszej książce, to oczywiście sam tytuł powieści. Nawet jeśli na początku tego nie wiedziałam, to szybko zdałam sobie sprawę, że Larssona fascynował i przerażał jednocześnie fenomen mizoginii i głęboko zakorzenionej niechęci niektórych mężczyzn wobec kobiet. To niezwykłe odnaleźć mężczyznę, który uczyni mizoginię głównym tematem swojej powieści. Oczywiście wielu mężczyzn zdaje sobie sprawę z istoty problemu, ale nikt nie poruszył tego tematu z taką bezpośredniością jak Larsson”.
W tym był podobny do Joan Smith – pisarki, która poruszała tego rodzaju tematy, a jako dziennikarka walczyła o prawa kobiet poddanych religijnemu reżimowi.
„Cóż – mówi Smith – Stieg miał już ugruntowaną pozycję! Ja wiele lat temu pracowałam w redakcji «Sudany Timesa»; zajmowaliśmy się dziennikarstwem śledczym, kiedy jeszcze gazety w nie wierzyły i mogły je znieść. Jestem ciekawa, czy jemu przydarzyło się to samo co mi – nagle zdajesz sobie sprawę, że zaczynasz rozumieć te nadzwyczajne rzeczy, które dzieją się wokół ciebie, a przecież bycie dziennikarzem oznacza uprzywilejowaną pozycję. Latałam po całym świecie, badając przeróżne tematy, jak choćby gdzie szach Iranu ukrył swój majątek, i pisałam książkę na temat okupacji ambasady w Iranie. I wtedy pojawia się myśl: «Wiem, jak to wszystko funkcjonuje, ale nie chcę, aby fakty mnie ograniczały». Chcesz napisać o podstawowych prawdach, które wyłaniają się z jego prozy, a ja zastanawiam się, czy to właśnie było dla niego motywacją”.
Ale i Joan Smith, i Stieg Larsson to zupełnie inny typ dziennikarza śledczego, który zaczął pisać powieści kryminalne, niż wcześniejsza generacja pisarzy, jak choćby Frederick Forsyth. Czy przez ten czas zaszły aż tak wielkie zmiany?
„Wydaje mi się, że odpowiedź na to pytanie dotyka przynależności do klas społecznych. Mnóstwo dziennikarzy, w tym ja, którzy zajmują się obecnie literaturą, ma swój rodowód w klasie robotniczej – a zatem ich zainteresowania są odmienne. Trzeba też chyba wspomnieć, że starsze pokolenie jest w swych opiniach zwykle bardziej prawicowe (pochodzi z klasy uprzywilejowanej i zapewne nigdy nie musiało ciężko pracować), podczas gdy ludzie tacy jak Stieg Larsson czy ja wywodzą się z lewicy. Wydaje mi się również, że wcześniejsze pokolenie nie jest skore do podważania istniejącego status quo, co bez wątpienia robi Larsson, a i ja próbuję. Prawdę mówiąc, zaskoczyła mnie ostatnia część trylogii, Zamek z piasku, który runął. Uważam ją za najsłabszą. Larsson wydaje się wkraczać na obszary znane już z innych powieści. Muszę przyznać, że byłam tym trochę zaskoczona i pomyślałam sobie: «Naprawdę w takim kierunku zmierzamy? Już tam byliśmy». Moje zaskoczenie wynikało zapewne z tego, że wszystko, co robił wcześniej, było takie oryginalne”.
Czy w świetle tego Smith uważa, że Larssonowi wystarczyłoby energii i koncentracji na napisanie, jak zamierzał, dziesięcioczęściowej serii?
„Uważam, że nie zdołałby utrzymać tego, co osiągnął w pierwszych trzech powieściach; warto zauważyć, że ostatnia jest napisana w elegijnym tonie, a Blomkvist otrzymuje nową trajektorię, ma nową przyjaciółkę i tak dalej. Przypływy i odpływy uczuć między nim a Salander zostały bardzo szczegółowo opisane i nie sądzę, aby Lisbeth tak łatwo zaakceptowała nowy związek Blomkvista, jak to się dzieje w części drugiej. Wygląda mi to na niezbyt przekonujący sposób domknięcia wszystkich wątków. Mimo to całość jest jednak trylogią.
Oddzielnym problemem jest utrzymanie odpowiedniej dynamiki związku między Blomkvistem a Salander. Skoro zostało ustalone, że Lisbeth jest dysfunkcyjna, to należało się zastanowić nad sposobem, w jaki Blomkvist ponownie ją zrani. I rzeczywiście, Blomkvist dokonuje tego wyczynu
kilkakrotnie, ale stąd wniosek, że trudno mówić o kontynuowaniu serii. Pod koniec trzeciego tomu, kiedy tyle problemów jest już rozwiązanych, wiele krzywd naprawionych, Salander jest nareszcie wolną kobietą. I co teraz zrobi? Znajdzie sobie chłopaka – lub dziewczynę – i ułoży sobie życie? Założy firmę komputerową?”.
W trylogii Millennium olbrzymie znaczenie mają sprawy płci, o których pisze również Joan Smith. Ale czy oprócz niewątpliwej sympatii okazywanej kobietom Larsson wykroczył poza granice płci?
„Cóż, pozostaje w dalszym ciągu pisarzem-mężczyzną, i może stąd pewien element zaspokojenia pragnień tkwiący w Blomkviście; choć powłóczy nogami, to zdaje się, że każda napotkana kobieta chce z nim pójść do łóżka, a te, którym się to nie udaje, patrzą za nim tęsknie. Ale myślę, że możemy to Larssonowi wybaczyć, podobnie jak możemy wybaczyć mu dużo więcej. Pomijając wszystko inne, kiedy czytamy pierwszą książkę, wiemy, że autor już nie żyje i te trzy powieści to wszystko, co dostaniemy. Nie ma sensu myśleć o rozwijaniu się autora – ominie nas ta szczególna przyjemność, której doświadczamy, odkrywając nowego pisarza. Być może ten element zaspokajania pragnień zniknąłby z charakterystyki Blomkvista, ale Larssonowi nie dane było nawet popracować z redaktorem tekstu”.
A co z postacią Lisbeth Salander? Smith w przeróżnych recenzjach wyrażała się o niej z dużym uznaniem, ale czy ma jakieś obiekcje?
„Uważam, że przypomina postać z jakiejś gry komputerowej. Nie stanowi to wcale o jej słabości, poza tym wiele młodych kobiet się z nią identyfikuje. Ważne jest to, jak jest inteligentna i jak pomysłowa – a przynajmniej jak pomysłową każe jej być Larsson. Nie mam nic do zarzucenia tej postaci, choć nie podoba mi się brutalność trzeciej części, która jest naprawdę przerażająca. Larssonowi wydaje się chyba, że skoro Salander stała się ofiarą, to powinniśmy obserwować całą tę brutalność z boku i nie osądzać bohaterki. Ale ja chyba nie jestem na to gotowa.
A jeśli chodzi o czytelniczki, które jej współczują – cóż, ja ani przez chwilę się z nią nie identyfikowałam. Postrzegam ją jako osobę znajdującą się zupełnie poza moim doświadczeniem. A to, że była tak okrutnie wykorzystywana? Ofiarą wykorzystywania seksualnego może stać się każdy, chłopiec czy dziewczyna, i takie rzeczy na pewno mają niszczycielski wpływ na psychikę. Ale to leży poza kręgiem moich doświadczeń. Gdybym miała
się zastanowić, musiałabym przyznać, że nie lubię Lisbeth Salander. Lubię za to Blomkvista i inne postaci z redakcji, na przykład Erikę”.
Smith, jako dziennikarka, miała do czynienia z takimi samymi kwestiami, jakie porusza Larsson. To pewnie uczyniło z niej świadomego czytelnika trylogii.
„Zastanawiałam się nad tym od chwili, gdy zaczęłam czytać jego pierwszą powieść. Szczegóły dotyczące procesu o zniesławienie, a potem opis, jak Blomkvist liże rany, były mi bardzo bliskie z racji rodzaju dziennikarstwa, jaki kiedyś uprawiałam.
Śmierć Larssona w tak młodym wieku musiała nieuchronnie zaważyć na sposobie, w jaki się czyta jego książki. Kiedy przeczytałam pierwszą część i zdałam sobie sprawę z jej wyjątkowości, poczułam wielki żal, że autor już nie żyje. Kiedy stało się jasne, że jego książki odniosą wielki sukces, pomyślałam o tym, że udało mu się przezwyciężyć pewne szczególne uprzedzenie. W Wielkiej Brytanii zawsze powszechny był opór przed literaturą tłumaczoną z innych języków. Teraz już chyba rutynowo czytamy takich nordyckich autorów jak Arnaldur Indridason, a większość czytelników pozbyła się uprzedzeń do literatury tłumaczonej. W tym roku przeprowadzałam dla «Sudany Timesa» wywiad ze znanym wszystkim Håkanem Neseserem i pomyślałam: «Jakie to dziwne, że przeprowadzam ten wywiad teraz, jakby był jakimś nowym pisarzem».
Reaguję na Stiega bardzo osobiście i zastanawiam się, czy zgodziłby się ze mną, że dziennikarstwo to pisanie na zasadzie «dziś jest, jutro nie ma», podczas gdy w powieści można poruszyć ważne tematy pod postacią rozrywki. Jeśli pisarz robi to dobrze (jak Larsson), rezultat zobaczy sam czytelnik, a tematy poruszone w książce będą miały większą wagę, niż gdyby opisać je w artykule prasowym”.
Heather O’Donoghue jest wykładowcą akademickim i specjalistką w dziedzinie skandynawskiej mitologii (jej najważniejsza praca to From Asgard to Valhalla), ale także wyjątkowo wnikliwym krytykiem piszącym dla „Times Literały Supplement”:
„Jestem wielką miłośniczką Millennium Stiega Larssona. Właściwie słowo «miłośniczka» to słaba pochwała. Jako osoba, która czyta ogromne ilości kryminałów, także na potrzeby recenzji, oraz jako juror Crime Writers’ Association stwierdziłam istnienie wyraźnej różnicy między powieściami, które osiągnęły sukces i są uwielbiane, a takimi, które można by określić mianem «grzesznej przyjemności». To takie książki, które nam się naprawdę podobają, ale wstydzimy się do tego przyznać. Wydaje mi się, że źródeł sukcesu Larssona należy szukać w połączeniu poważnych literackich wartości. Jego powieści są dobrze napisane, mają odpowiednią intrygę, oryginalne, dobrze zarysowane postaci, a także zawierają drobiazgową i wiarygodną analizę współczesnego społeczeństwa – z bardzo prostym, ekscytującym, a nawet instynktownym odwołaniem się do emocji czytelnika. Mamy tu terror, moralny gwałt i emocje towarzyszące końcowemu zwycięstwu dobra nad złem. Wielki krytyk i teoretyk angielskiej literatury, Frank Kermode, opisuje powieść jako «mieszankę mitu i skandalu». Taką właśnie mieszanką, w wymiarze jednostkowym i uniwersalnym, jest twórczość Larssona.
Autorzy książek kryminalnych często budują swój autorytet, otwierając przed czytelnikiem nowy, zwykle wysoce sprofesjonalizowany świat. Bohaterka Larssona, Lisbeth Salander, jest ekspertką w dziedzinie komputerów, mającą umiejętności, o jakich większości ludzi nawet się nie śniło, ale wszystkie te techniczne detale nie poruszyłyby nas, gdyby nie opis tak doskonale się uzupełniających postaci Salander i Blomkvista. Salander to mroczne, punkowe, rozwydrzone dziecko, zniszczony geniusz. Blomkvist jest przyzwoity, inteligentny, gotów do czynienia dobra, nieustępliwy, a nawet uparty i całkowicie wiarygodny.
Wyobrażam sobie, że sukces trylogii Millennium w Szwecji oznacza, że tamtejszy czytelnik uważa opis szwedzkiego społeczeństwa, przedstawiony przez Larssona, za trafny. Przyjemnością dla czytelnika spoza Szwecji jest sceneria: wszystkie meble pochodzą z IKEI, panuje demokratyczny socjalizm – tak przecież wyobrażają sobie ten kraj cudzoziemcy. Nawet seks jest taki, jakiego należałoby oczekiwać: Salander jest biseksualna, kochanka Blomkvista jest mężatką, ale jej mężowi to nie przeszkadza; nie ma tu miejsca na jakąkolwiek pogoń za sensacją czy zakazaną podnietą w ich relacjach.
Choć zbrodnia i korupcja («skandal» Kermode’a) zostały umieszczone w realistycznym kontekście szwedzkiego społeczeństwa, to w utworze Larssona znajdziemy też pasjonujące aspekty mityczne. Salander jest archetypiczną ofiarą, która triumfuje. W drugim tomie jest fragment, gdzie Kalander – nieuzbrojona, chuda, bystra i żądna zemsty – staje naprzeciw tępego, ociężałego, rasistowskiego, mizoginicznego i pewnego siebie członka gangu motocyklowego. Wynik starcia, gdyby to był film, wywołałby w kinie owacje na stojąco. Czarne charaktery wydają się żywcem wzięte z holly woodzkich horrorów, szczególnie szwedzkie wcielenie Hulka – «człowieka, który nie odczuwa bólu». Przemoc jest tu okrutna. Aby uniknąć groteskowości, Larsson musiał postawić po drugiej stronie barykady mniej mityczne, ale i mniej potężne siły – służby specjalne, system sądowniczy, policję i lekarzy. Tajemnica sukcesu tkwi w równowadze, a jej utrzymanie to naprawdę literacka magiczna sztuczka.
W końcu rozwiązanie akcji trzeciej powieści – proces Lisbeth Salander. Larsson pokazuje tu swoje mistrzostwo: przebieg procesu jest absorbujący, retoryka ciekawa, no i mamy współczesny archetyp toczącej się od stuleci walki dobra ze złem”.
R. J. Ellory (którego Cicha wiara w anioły to jedna z najbardziej udanych współczesnych powieści kryminalnych) podziwia Larssona na bardziej prywatnej stopie:
„Nie sądzę, aby można było coś zarzucić Larssonowi lub krytykować go jako człowieka. Każdy, kto w gruncie rzeczy ryzykuje swoją reputację, a może nawet życie, aby ujawnić to, co ujawnione być powinno, powinien być wychwalany jako osoba wyjątkowa i znacząca. Jego wystąpienia antynazistowskie, założenie szwedzkiej fundacji Expo były ważnym i kontrowersyjnym osiągnięciem. Pisanie książek, trylogii o Salander, to był jego sposób na relaks. Sam o tym wspomina. Pisał książki po pracy, dla czystej satysfakcji, i dopiero tuż przed śmiercią zrobił pierwszy krok, aby je wydać drukiem. Jestem pewien, że gdyby żył, poświęciłby sporo czasu na przeredagowanie i skrócenie niektórych fragmentów. Sam pomysł wydaje mi się mistrzowski i frapujący, choć Larsson nie miał okazji uczynić z niego tego, czym mógłby się stać”.