Oficynka poleca znakomity kryminał historyczny Fabrizia Battistelliego, pierwszą części cyklu, którego bohaterem jest kawaler Riziero z Pietracuty. Patronat medialny nad książką objął serwis Zbrodnia w Bibliotece.
Fabrizio Battistelliprzeł. Barbara Czarniawska
premiera: 13 sierpnia 2010 r.
Młody Riziero zostaje wezwany do Rzymu przez swojego brata monsiniora Pietracutę. Jest rok 1739. W przededniu śmierci Klemensa XII i zwołania konklawe w stolicy apostolskiej wrze. Obserwujący knowania ścierających się frakcji Riziero niespodziewanie staje w obliczu morderstwa. W tajemniczych okolicznościach ginie jego przełożony monsinior Van Goetz. Czy za zbrodnią stoją spiskujący politycy albo masoni? A może ma ona całkiem inne przyczyny?
W pierwszej części cyklu, którego bohaterem jest kawaler Riziero z Pietracuty, czytelnik znajdzie wszystkie elementy dobrej powieści kryminalno-przygodowej: tajemniczą śmierć i uparte dążenie do jej wyjaśnienia, dworskie spiski i szermiercze pojedynki, brawurowe pościgi i namiętne romanse, oszustów i rozbójników, sekrety wolnomularzy i życie codzienne w osiemnastowiecznej Italii...
A już niebawem ciąg dalszy!
Porywająca, piękna, fascynująca powieść, taka, którą nieczęsto spotyka się już w naszych czasach. Federico Fellini
Fabrizio Battistelli – profesor socjologii na Uniwersytecie Rzymskim La Sapienza, członek krajowych i międzynarodowych organizacji zajmujących się socjologią. Jest autorem wielu książek poświęconych socjologii wojskowości i administracji. Prywatnie wielbiciel dobrej prozy i autor powieści z cyklu "Przygody kawalera Riziero".
Fabrizio Battistelli o Konklawe
Opowiadam historie będące częścią historii - wywiad z Fabrizio Battistellim
Dobrze jest ponosić w sobie treść książki - wywiad z Anną Damasiewicz, projektantką okładki
Rozdział siódmy. O śmierci Klemensa XII, uciążliwym konklawe i tajemniczej zbrodni, którą Riziero podjął się rozwikłać
Papież Klemens XII umarł piętnaście dni po spotkaniu braci Pietracuta, szóstego lutego 1740 roku.
Pasquino miał nową piosenkę:
Byłem bogatym mnichem,
jako prałat żyłem w dostatku,
zostałem ubogim kardynałem,
a na koniec papieżem bez grosza.
Z powodu intryg Medyceuszy i wielkich potęg europejskich istniało podejrzenie, że do wyboru papieża Corsiniego, który miał miejsce dziesięć lat wcześniej, wmieszało się świętokupstwo. Tak czy inaczej, pontyfikat Klemensa XII nie należał do najgorszych, jako że papież podjął wysiłki, aby przezwyciężyć paraliż ekonomiczny i administracyjny, który panował wówczas w Państwie Kościelnym, i w ten sposób podreperować kulejący międzynarodowy prestiż papiestwa. Wszystko wskazywało na to, że Pasquino miał rację: papież, pochodzący z bogatej rodziny florenckiej, włożył w sprawowanie swego pontyfikatu dużo więcej pieniędzy, niż zwróciło się to jemu lub jego krewnym.
W Stolicy Apostolskiej został ogłoszony stan wakatu, a w budynkach Watykanu rozpoczęło się konklawe, które zapowiadało się na najtrudniejsze w tym stuleciu.
Śmierć powołała do siebie pierwszego z papabili, kardynała Ottoboniego. Na czoło wysunęły się kandydatury kardynałów Neriego Corsiniego (popieranego przez Francuzów i Austriaków) i Hanibala Albaniego (popieranego przez Hiszpanów). Ale za każdym razem kiedy wydawało się, że wybór będzie uzgodniony, pojawiał się jakiś nowy element, który rozbijał wszystkie dotychczasowe ugody.
Minęło pięć i pół miesiąca od śmierci papieża i zdawało się, że do zakończenia konklawe nigdy nie dojdzie. Jako że wszyscy kardynałowie byli „trzymani pod kluczem” i brali udział w niekończących się zebraniach, urzędy Kurii były jeszcze bardziej senne niż zwykle.
Riziero prowadził spokojne życie, bez szczególnych wydarzeń. Chodził codziennie do biura i od czasu do czasu spotykał się z bratem, który go informował o rozwoju wydarzeń na konklawe, a raczej ich braku.
Jedyną nowością był pogłębiający się zły humor monsiniora Van Goetza, który zaczął się w drugiej połowie lipca. Od paru dni szef urzędu był w stanie nerwowego podniecenia, czasami nawet przypominającego lęk. Riziero próbował dyskretnie dać mu do zrozumienia, że jest na jego usługi, ale Van Goetz zrobił się bardzo milczący, zajęty wyłącznie wypełnianiem swoich obowiązków.
Pewnego dnia Riziero został w urzędzie dłużej niż zwykle, aby napisać list, który miał być wysłany przez gońca do Romanii. W biurze nie było już nikogo. Z pokoju Van Goetza słychać było jego głos – rozmawiał z kimś. Ton głosu wskazywał, że Rewizor był wzburzony, ale ponieważ Van Goetz rozmawiał ze swoim gościem po niemiecku, Riziero, chociaż znał ten język, nie był w stanie wszystkiego zrozumieć.
W pewnym momencie Riziero usłyszał gwałtowne walnięcie drzwiami w korytarzu. Wybiegł, żeby zobaczyć, co się stało, w samą porę, aby dojrzeć młodego księdza, bladego i z jasnymi włosami, którego już uprzednio spotkał u Van Goetza. Monsinior stał przed drzwiami, bardzo widocznie wzburzony. Riziero zapytał, czy może mu być w czymś pomocny.
– W niczym, dziękuję – powiedział monsinior i odprawił go niezwyczajnie gwałtownym ruchem dłoni.
Riziero przeczuwał, że sprawy nie mają się dobrze. Nie wrócił od razu do domu, ponieważ miał różne rzeczy do załatwienia. Zjadł coś w karczmie na Borgo Pio, potem zaniósł list gońcowi z Romanii i wreszcie udał się na Testaccio, żeby znaleźć konia dla Hiszpanka, który sobie na to zasłużył. Znalazł klacz z Toskanii, niezbyt urodziwą, ale silną i zdrową. Zapłacił za nią siedem srebrnych skudów i przywiązał ją do boku Garbina. Tak wrócili do domu.
Położył się spać wcześnie; zdrowy i głęboki sen rozwiał opary niejasnych zmartwień.
Następnego ranka Riziero wyruszył z domu wcześniej niż zwykle. Przybył do urzędu około wpół do dziewiątej. Przedsionek budynku, zwykle opustoszały, wypełniony był poruszonymi ludźmi. Odźwierny, na co dzień opieszały i powolny, rzucił się w stronę Riziera, gdy tylko ten zsiadł z konia.
– Panie hrabio, proszę się pośpieszyć, panie hrabio!
Riziero podszedł szybkim krokiem do odźwiernego.
– Panie hrabio, monsinior nie żyje!
Riziero przygryzł wargi. Nic nie mówiąc, dał portierowi znak, aby go prowadził. Ten wszedł na wewnętrzny podwórzec, torując sobie drogę między paziami, którzy błąkali się, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, między gwardzistami, którzy też nie wiedzieli, czym się zająć, i wreszcie dwoma tragarzami noszy ze szpitala Świętego Ducha, którzy nadbiegli pędem.
Monsinior Van Goetz leżał na bruku podwórca, skulony w pozycji embrionalnej. Jakiś zakonnik udzielał mu ostatnich sakramentów.
– Nie żyje – potwierdził lekarz ze szpitala po obejrzeniu zwłok. – Nie żyje od dobrych paru godzin, może nawet od wczoraj wieczorem.
Riziero uniósł wzrok w górę od miejsca, gdzie leżały zwłoki. Jedno z okien na trzecim piętrze, tam gdzie mieszkał monsinior, było otwarte. Okna na drugim piętrze, gdzie znajdowały się biura, były zamknięte.
Riziero dostrzegł z daleka owalne kształty Pfaffa, kapitana Gwardii Szwajcarskiej, który zbliżał się do nich. Zdążył mu się wymknąć, wracając do przedsionka. Wszedł na drugie piętro. Przeszedł przez pokoje Rewizora: wszystko wydawało się w najlepszym porządku. Wszedł na następne piętro. Popchnął drzwi i wkroczył do małego apartamentu, w którym zamieszkiwał Van Goetz.
Otwarte okno znajdowało się w saloniku przylegającym do sypialni. Widać było wyraźne ślady walki. Jedno z krzeseł stojących zazwyczaj przy oknie było przewrócone na ziemię. Na podłodze leżał również pogrzebacz, tak jakby Van Goetz próbował desperacko obronić się przed napastnikiem. Riziero przyjrzał się dokładnie czubkowi pogrzebacza: były na nim ślady krwi.
Zaledwie zdążył obejść pokój i wrócić do drzwi wejściowych, gdy ujrzał grubego kapitana Gwardii, jak sapiąc, wchodził na schody.
– A, właśnie pana szukałem! – wykrzyknął kapitan.
– Na pańskie rozkazy – powiedział Riziero, klnąc w duchu los, który skazał go, w takiej sytuacji jak obecna, na zadawanie się z kretynem.
– Wielmożny Pan jest współpracownikiem monsiniora, prawda?
– Jestem do usług – odpowiedział Riziero tonem przesadnie uprzejmym, którego używał zwykle, rozmawiając z osobami natrętnymi.
– Monsinior nie żyje, został wypchnięty z okna – oznajmił z godnością kapitan. Zamilkł, aby móc złapać oddech, a potem dodał: – Czy panu coś to mówi?
– Ależ nie, skądże – odparł Riziero. A pomyślał: „A nawet gdyby mi mówiło, na pewno nie podzieliłbym się tym z tobą”.
– Czy zauważył pan ostatnio coś dziwnego, odmiennego w zachowaniu monsiniora?
Tu Riziero miałby coś do powiedzenia, ale odparł bez zająknienia:
– Absolutnie nic.
Kapitan Pfaff wydawał się rozczarowany.
– Proszę, aby pan się nie oddalał. Będę, niestety, zmuszony pytać o wiele rzeczy w ciągu najbliższych dni.
Gwardia Szwajcarska odpowiadała za bezpieczeństwo w Pałacu i z pewnością gwardziści woleliby stać na czele dochodzenia w sprawie śmierci monsiniora, niż oddać je Kongregacji do spraw Kryminalnych.
Riziero skłonił się tak nisko, że wzbudziło to podejrzliwość nawet niezbyt subtelnego kapitana. Szwajcar jednak nie mógł zareagować inaczej jak tylko chłodnym „Do widzenia”.
Pozbywszy się kapitana, Riziero zszedł do biura Rewizora, zwołał wszystkich urzędników księgowości i oznajmił, że zważywszy wyjątkowość sytuacji, mogą przerwać pracę. Kiedy zaś został sam, przeszedł przez wszystkie biura, przyglądając się im z wielką uwagą. Wszystko wydawało się identyczne ze stanem biura z poprzedniego dnia.
Była prawie jedenasta, kiedy Riziero wyszedł z bramy na ulicy Pokutników i udał się szybkim krokiem w kierunku Bazyliki Świętego Piotra.
Olbrzymie kamienne anioły, jak zwykle, oferowały wiernym przy wejściu wodę święconą, ale tego świątecznego poranka wielka świątynia wydawała się opustoszała.
Riziero przeszedł całą nawę aż do transeptu. Rząd imponujących konfesjonałów wykonanych z pięknego drewna i ozdobionych intarsjami oferował usługi spowiedników podzielonych na różne języki: włoski, francuski, hiszpański, niemiecki, łacina.
Riziero zatrzymał się przed konfesjonałem, na którym było napisane: HISZPAŃSKI–PORTUGALSKI. Przyklęknął. Żaluzja uniosła się i Riziero usłyszał, jak spowiednik wypowiadał po łacinie formułę zaczynającą spowiedź. Zaraz potem ksiądz zapytał go, po hiszpańsku, kiedy spowiadał się ostatnio.
– Dawno temu, ojcze – odpowiedział Riziero po włosku. – Mało tego, muszę się wyspowiadać z jeszcze jednej rzeczy. Nie przyszedłem tu, aby wyznać moje grzechy, ale aby zostać oświeconym, jeśli mi pozwolicie, przez światło waszej znajomości rodu ludzkiego.
Zanim spowiednik zdążył coś powiedzieć, Riziero dodał szybko:
– Wiem, że również to jest przeciwko wszelkim regułom, ale pozwólcie mi powiedzieć, jak się nazywam. Jestem Riziero Pietracuta, koadiutor monsiniora Emilia Van Goetza.
Zamilkł. Również spowiednik milczał. Po dłuższej chwili Riziero usłyszał poważny głos z konfesjonału:
– Zajmuję się udzielaniem sakramentu. To nie jest właściwy czas ani miejsce, żeby mówić o czymś innym.
– Może i miejsce nie jest najwłaściwsze, ojcze, ale czas na pewno tak. Monsinior Van Goetz został zamordowany tej nocy.
Może mu się wydawało, a może konfesjonałem poruszył jakiś wstrząs.
– Ojcze Serrano, Monsinior był waszym przyjacielem i chociaż znaliśmy się krótko, pozwolę sobie twierdzić, że był również moim.
Ojciec Serrano zamamrotał w głębi konfesjonału:
– Monsinior mówił mi o was.
– Ojcze – ponaglał Riziero – chcę wykryć, kto go zabił. Nie będę was pytał o nic, co wymagałoby złamania tajemnicy konfesjonału. Muszę tylko znać nazwiska trzech auditores, którzy poprzednio pracowali z Monsiniorem.
Cisza trwała długo, aż wreszcie Riziero usłyszał głos ojca Serrano, który mówił wolno, prawie sylabizując:
– Jest taki dominikanin holenderski, który się nazywa ojciec Jan Hartsoeker; rok temu udał się na misję do Ameryki, wydaje mi się, że to była Brazylia. Są również dwaj auditores, którzy mieszkają w Rzymie, don August Lindner i don Bruno Donhauser. Więcej nie mogę wam powiedzieć.
– Dziękuję, ojcze – powiedział Riziero, wstając z klęczek. – Mam nadzieję przyczynić się do sprawiedliwości ziemskiej w sprawie monsiniora Van Goetza.
Riziero wyszedł spiesznie z bazyliki. Przeciął plac i wszedł między kolumnadę, kierując się ku Bramie Anielskiej. Doszedłszy do Bramy Świętej Anny, wszedł w nią i udał się do Biblioteki Watykańskiej.
Monsinior Bottari, jeden z wicekustoszy Biblioteki, był bliskim przyjacielem starszego brata Riziera. Kiedy Riziero wyjaśnił mu, jakich informacji potrzebuje, Bottari poprowadził go do atrium i skierował się do półki z dziełami, do których często zaglądano. Wyciągnął gruby tom oprawiony w białą skórę i podał go młodzieńcowi. Ten podziękował i usiadł w jednej z ławek dla czytelników, po czym pogrążył się w Kalendarzu Papieskim.
Dwóch księży niemieckich znalazł prawie od razu. Don Lindner zajmował skromne stanowisko w Kamerze Apostolskiej. Bezskutecznie szukał drugiego nazwiska, aż musiał poprosić o pomoc monsiniora Bottariego, który mu pokazał, gdzie znajdowały się spisy osób zatrudnionych w różnych biurach rzymskich. Riziero szukał długo, ale wreszcie znalazł nazwisko drugiego księdza w sprawozdaniu rocznym Banku Świętego Ducha. Zapisał potrzebne mu informacje, podziękował bibliotekarzowi i wyszedł.
Kamera Apostolska miała swoją siedzibę w dalekim skrzydle Pałacu Apostolskiego i Riziero znalazł się tam w parę minut. Kongregacja podlegała Izbie i odźwierny rozpoznał młodego szlachcica.
– Czy pracuje tutaj don Lindner?
– Tak, szanowny panie, ale o tej porze w biurach nikogo nie ma.
– Czy wiesz, gdzie go mogę znaleźć?
– Nie, proszę pana. Już od dawna nie widzieliśmy don Lindnera w Pałacu.
Riziero poczuł się rozczarowany. Już miał odejść, kiedy zauważył w portierni starego służącego, który przyglądał mu się uważnie. Riziero dał mu znak, aby się przybliżył, podczas gdy sam zaczął iść w kierunku ulicy.
Nie pomylił się – służący poszedł za nim, ukłonił mu się i powiedział:
– Don Lindner wyjechał dzisiaj rano, szanowny panie.
– Dokąd to?
– Do domu, szanowny panie, do Niemiec.
– A to dlaczego?
– Był bardzo chory, szanowny panie, i miał nadzieję, że w jego mieście rodzinnym go wyleczą. Dziś rano wyjeżdżał konwój Jego Ekscelencji Arcybiskupa Augsburga i don Lindner wyjechał z nimi.
– Jak się nazywa miasto rodzinne don Lindnera?
Służący zamilkł. Wbił wzrok w sznurowadła butów i zagryzł wargi, starając się przypomnieć sobie nazwę.
– Ansbach, szanowny panie! – powiedział nagle, rozpromieniony. – Właśnie tak: Ansbach.
Riziero dał mu srebrną monetę i udał się szybkim krokiem do swego biura. Wyprowadził Garbina ze stajni i galopem pojechał w kierunku mostu Świętego Anioła.
Siedziba Banku Ducha Świętego była na ulicy Papieskiej. Kiedy dojechał, bank właśnie zamykano.
– Muszę porozmawiać z Brunem Donhauserem – powiedział portierowi. Ten przyjrzał mu się podejrzliwie, wyraźnie nierozbrojony szlacheckim wyglądem młodziana.
– A pan to niby kto?
– Jestem urzędnikiem Banku Bolońskiego – odpowiedział Riziero.
– Don Donhauser nie przyszedł dziś do pracy.
Riziero pohamował odruch rozczarowania, wsiadł na konia i skierował Garbina ku Monte Mario. Puścił konia galopem i wkrótce był w domu.
– Szybko, wsiadaj na swojego konia – powiedział Hiszpankowi, który podszedł, aby rozsiodłać Garbina. – Masz się dowiedzieć, gdzie mieszka niemiecki ksiądz, który nazywa się don Bruno Donhauser. Objedź wszystkie miejsca, w których mieszkają Niemcy, pytaj każdego, szukaj, gdzie chcesz. Ale przede wszystkim pośpiesz się.
Hiszpanek wskoczył na swoją klacz i po chwili już go nie było widać.