Czasem drzewa zasłaniają las

20.01.2009

Czasem drzewa zasłaniają lasC. Dexter, Ktokolwiek widział

Zaczynając lekturę kolejnej powieści Colina Dextera, trudno nie poczuć się jak ryba, która z czystej ciekawości połknęła haczyk. Tym haczykiem może być zarówno poprzednia książka o przygodach inspektora Morse'a, jak i początek tej powieści, jej preludium. Dexter bowiem sprytnie zarzuca wędkę z kuszącą przynętą: niejasną, wieloznaczną sytuacją, ludźmi podejmującymi w przypływie emocji decyzje  skutkujące określonymi konsekwencjami w przyszłości. Woda zostaje poruszona, kręgi zainteresowania falami rozchodzą się po powierzchni tafli, a my, czytelnicy, zostajemy wciągnięci w pulsujący życiem, barwny literacki świat zbrodni i poszukiwania sprawiedliwości.

Komisarz Strange silnie naciska na Morse'a. Może i jakąś siłą własnego intelektu czy narzucających się nieodparcie wniosków, ale przede wszystkim ogromną mocą danej mu władzy. W końcu to on jest tu szefem. "Nie, to ty posłuchaj!" - warczy Strange, a Morse słucha. Ma przejąć nierozwiązaną od ponad dwóch lat sprawę inspektora Ainleya. To właśnie przed paroma laty pewna młoda dziewczyna wyszła z domu i nikt jej od tej pory nie widział. Tak jak wiele innych panienek w jej wieku, uciekających, ale na ogół powracających po jakimś czasie. Uciec bowiem to jedno, zniknąć na zawsze - to drugie. Morse nie chce tej sprawy. Cóż ciekawego może być w poszukiwaniu zaginionej młodej osóbki? "Dwa lata, trzy miesiące i dwa dni" - sprawa jest całkiem zimna, jak lód do drinka. Ludzie już tyle zapomnieli, szczegóły ulotniły się, pozostały tylko mętne wyobrażenia. Skąd więc to nagłe zainteresowanie szefostwa dziwnym zaginięciem Valerie Taylor? Do rodziców dotarł właśnie uspokajający list z Londynu, prawdopodobnie napisany jej ręką, chociaż inspektor Ainley, który przypadkiem zginął w wypadku drogowym, chyba trafił na jakiś nowy trop, wielce obiecujący trop.

Morse początkowo z niechęcią bierze się do sprawy, jak zwykle za pomocnika biorąc sobie sierżanta Lewisa. Dziwna jest z nich para. Prosty i bezpośredni Lewis, skomplikowany i niejednoznaczny Morse. Służbista i pedant kontra wielbiciel nieskrępowanego przepisami działania i polegania na wzmocnionej promilami intuicji. Morse to dziwna postać. Zdolny, ale męczący, bystry, ale często nieprzyjemny człowiek. Uważający się za humanistę, estetę i konesera gburowaty nietypowy funkcjonariusz policji. Siła intelektu w jego przypadku przewyższa siłę serca. Jest samotnikiem i z tej perspektywy patrzy na życie i pracę. Bez zobowiązań, bez określonego rytmu dnia może sobie pozwolić na poświęcanie zagadkom kryminalnym większości posiadanego czasu. I tego samego zaangażowania oczekuje od innych. Poświęcenia dla sprawy. Wypełnia pustkę życia ukochaną pracą, wyszukanymi zainteresowaniami i czasami mocno zaskakującymi słabostkami. Alkoholem, od którego jest uzależniony i którego nie potrafi, a może i nie chce, usunąć z centrum swojego życia. Uwielbieniem dla płci pięknej, której łaknie jak kania dżdżu. Słabością do muzyki Wagnera i gazetowych krzyżówek, tych najbardziej wyszukanych oczywiście. Morse i Lewis uzupełniają się jakoś i akceptują, choć mają silne poczucie własnej odrębności i odmiennego spojrzenia na świat i obowiązki. Dexter nie gloryfikuje swojego głównego bohatera, pokazuje go z różnych stron i w zmiennym świetle, z solidną dozą ironii i dystansu. Może i jest on genialny, ale bywa też uciążliwy i męczący w codziennych kontaktach. Pisarz widzi jego dobre i złe strony, fascynujące zalety i zaskakujące dziwactwa. Dla Morse'a życie jest piękne, ale tylko wtedy, kiedy może robić to, na co ma akurat ochotę. Jak wiemy, takie momenty są w życiu niezbyt częste.

Powieść jest intrygująca, szczególnie dla tych, którzy uwielbiają dobrze skonstruowane, niebanalne zagadki. Dla których akcja nie jest wcale najważniejsza. Poznajemy metody pracy inspektora, nieustanne stawianie wymyślnych hipotez, próby dopasowywania porozrzucanych faktów do jakiegoś sensownego wzorca. Mozolne powracanie do zdarzeń, szukanie, przepytywanie, wygrzebywanie mało rzucających się w oko szczegółów. Nie poznajemy w tej powieści zbyt wielu postaci, ich krąg jest bardzo ograniczony. Nie odwiedzamy zbyt wielu miejsc, a jednak z zaciekawieniem śledzimy upartą pracę dwójki policjantów.

Każdy rozdział zaczyna się mottem w jakiś sposób komentującym mające nastąpić wydarzenia.  Dexter bawi się słowami i postaciami. Nasyca powieść szczególnym wyrafinowanym poczuciem humoru słownego i sytuacyjnego. Pokazuje, że aby dojść do prawdy, trzeba uporu, śmiałości myślenia, dociekliwości i umiejętności oceniania ludzi.

W porównaniu z filmem opartym na omawianej powieści jest ona o wiele bogatsza i frapująco złożona. Pisarz bowiem, inaczej niż reżyser, może sobie pozwolić na nieustanne zmiany sytuacji i punktów widzenia, na opisywanie myśli i rozterek bohaterów, na mnóstwo szczegółów, które w filmie z konieczności nie znajdują odzwierciedlenia. Nawet postaci filmowe są inne, jakby uboższe niż te wykreowane w powieści. Ci więc, którzy pragną poznać zamysły samego pisarza, powinni sięgnąć po książkę. I rozkoszować się prozą, którą nam daje do ręki. Warto.

C. Dexter, Ktokolwiek widział, przeł. A. Sawicka-Chrapkowicz, Gdańsk: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne 2009, s. 302.

Damian Kopeć

Fragment powieści