O. Bottini, Morderstwo w znaku zen, przeł. Renata Biniek, Jerzy Jercha, Wydawnictwo Dolnośląskie 2008, s. 256.
Niestroniący od trunków policjanci i prywatni detektywi to postacie w literaturze niebudzące już, po doświadczeniach z czarnym kryminałem, zdziwienia. Główny bohater powieści Olivera Bottiniego różni się jednak nieco od znanych nam niewylewających za kołnierz twardzieli. Komisarz Louise Boni jest bowiem kobietą.
„Jestem komisarzem policji kryminalnej, wydział zabójstw, policjantką od dwudziestu lat. Najchętniej czytam Clavella, Mankella i Pilcher, lubię Wagnera, Beethovena, Pink Floyd i Wham, i nie mogę uwolnić się od Barclay James Harvest, choć się tego wstydzę. Jestem rozwiedziona, mam czterdzieści dwa lata i niestety na szczęście nie mam dzieci. I… I zrobiłam się gruba [s. 135-136]”. Do tej autocharakterystyki Luis, jak nazywają ją koledzy z pracy, dodać trzeba koniecznie początkowe stadium alkoholizmu i krnąbrny charakter - biegnie zawsze w innym kierunku niż reszta policjantów z jej wydziału.
Trudno stwierdzić, co sprawiło, że zaczęła pić. Podszyte politycznym oszołomieniem i zazdrością kłótnie rodziców, śmierć brata w wypadku samochodowym, rozstanie ze zdradzającym ją nieustannie mężem czy… Czy zastrzelenie Calamberta, pedofila, który porwał kolejne dziecko. Wspomnienie tego ostatniego wydarzenia okaże się niezwykle istotne w prowadzonym teraz dochodzeniu.
A sprawy mają się tak. Zima. W małym niemieckim miasteczku, tuż przy granicy z Francją, pojawia się… buddyjski mnich o skośnych oczach ubrany tylko w habit. Widać po nim, że się czegoś boi, że przed kimś ucieka. Rany na głowie wskazują, że nie jest to strach bezpodstawny. Do miejscowych policjantów dołącza – z rozkazu nielubiącego jej przełożonego, Bermanna – komisarz Boni z Fryburga. Razem podążają śladem azjatyckiego pielgrzyma.
Kilkanaście spędzonych razem na mrozie, w ciemnym lesie godzin sprawia, że Louise zaczyna zależeć na bezpieczeństwie tego obcego, niemówiącego w żadnym znanym jej języku młodego mężczyzny. Dlatego gdy on znika, a przy okazji ginie jeden z małomiasteczkowych policjantów (drugi zostaje ciężko ranny), mimo oporu Bermanna rozpoczyna śledztwo, które znów, jak przed laty w sprawie Calamberta, zmierza w zupełnie innym kierunku, niż to sugerują jej koledzy.
Powieść Bottiniego, wydana w 2004 roku i rozpoczynająca niezwykle popularny (i słusznie!) w Niemczech cykl, stawia kilka mało popularnych pytań. Każe zastanowić się, „co z nas za społeczeństwo”, skoro „kupujemy wszystko, Louise, kupujemy zwierzęta, zdrowie, kraj, czas wolny, urodę, miłość – jak, na Boga, my, ludzie kupujący, mamy pojąć, że istnieje jednak granica, której nie można przekraczać?” (s. 198). Być może odpowiedź zna przełożony buddyjskiego klasztoru, w którym Boni próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie, kto i dlaczego ściga młodego mnicha. Stary Japończyk zdaje się znać odpowiedź na wszystkie, nawet najtrudniejsze pytania. Ale może to skutek tego, że mówi bardzo złą angielszczyzną?...
Niemiecki pisarz zwraca też uwagę na interesujący szczegół, pomijany zwykle w opisach pracy stróżów prawa: „To było najgorsze w jej zawodzie: musiała myśleć w tych samych kategoriach co ci, przeciw którym występowała. Nieważne, jak bardzo chciała się różnić od kryminalistów; ciągle pozostawała część wspólna zbioru, nawet jeśli zbliżano się do niej z różnych stron. Istniały wspólne drogi, wspólne kategorie, wspólne tory myślowe”. To właśnie ta umiejętność myślenia jak przestępcy pozwoliła Louise dorwać Calamberta, a teraz pomoże jej uratować honor fryburskiej policji podczas akcji, w której zakazano jej brać udział.
PS Książka jest bardzo dobra, z niecierpliwością będę czekał na ciąg dalszy wydany po polsku, ale najbardziej podoba mi się w niej zdanie niemające dla jej treści większego znaczenia: „Rosjanie nie są problemem”.
Bibliotekarz