A. Zalewski, Sześć razy śmierć, Gdańsk: Funky Books, 312 s.
Pierwszy tom opowiadań Adama Zalewskiego przypomina moją złotą strzałę – dopóki silnik pozostaje nierozgrzany, sunie nieco niepewnie, później jednak nabiera mocy, staje się prawdziwą królową szos. I tak jest już do końca, aż do satysfakcjonującego finału.
Gdy zaczynałem lekturę Sześć razy śmierć, przez kilkanaście stron musiałem przyzwyczajać się do specyficznego języka – nieomal pozbawionego ozdobników, rzeczowego, momentami zbliżonego do paradokumentalnej relacji. Nie wiedzieć kiedy dałem się wciągnąć w opowieść, co okazało się o tyle łatwe, że choć styl autora Białej wiedźmy bywa oszczędny w słowach, to z pewnością nie w emocje. Jeśli dodać do tego umiejętne zwodzenie czytelnika, mistrzowskie wręcz granie na nosie jego przyzwyczajeń, świetnie sportretowanych bohaterów i pozbawione zbędnych dłużyzn rozwiązania fabularne, otrzymujemy pozycję nie tyle godną uwagi, co wręcz konieczną dla każdego miłośnika literackiej grozy.
Tchnące nieczęsto spotykanym autentyzmem opowiadania Zalewskiego uderzają w nas z ponurą konstatacją świadectwa. Nie ma w nich zbyt wiele miejsca na wyszukane metafory – dostajemy natomiast historie mieszkańców różnych zakątków Ameryki, którzy cierpią, będąc ofiarami lub – co tylko na pierwszy rzut oka wydaje się absurdalne – ich katami. Za argument przemawiający za tym, że taki właśnie był zamysł pisarza, posłużyć może motto umieszczone przed najdrastyczniejszym tekstem zbioru: „Żyją pośród nas. Większość z nich to ludzie zupełnie nieszkodliwi. Niekiedy jest inaczej. Jedni i drudzy potrzebują pomocy i opieki. Jedni i drudzy zasługują na współczucie”.
Wspomniane opowiadanie zostało opatrzone dość przewrotnym, a zarazem adekwatnym do zawartości tytułem. „Rzeźbiarz”, bo o nim mowa, stanowi swoiste studium przekraczania granic człowieczeństwa i staczania się po równi pochyłej choroby psychicznej. Studium zawierające tak wielkie nagromadzenie okrucieństwa, że nawet ja – choć przecież nieobce są mi meandry literackiej makabry – kilkakrotnie musiałem przerywać lekturę, by zaczerpnąć tchu i choć na chwilę wyrwać się z przerażającego kręgu szaleństwa. Nie znaczy to wcale, że w pozostałych tekstach zawartych w omawianym tomie brak drastycznych scen. Bynajmniej. Są nasączone śmiercią jak świat, w którym przyszło nam żyć.
Co godne szczególnego podkreślenia, opisy przemocy i destrukcji, które wyszły spod pióra Zalewskiego, zawsze czemuś służą, nie są podyktowane jedynie chęcią pustego epatowania czytelnika. Tym niemniej Sześć razy śmierć nie jest dla każdego. Do tej pozycji potrzeba naprawdę mocnych nerwów.
Adam Zalewski, Sześć razy śmierć - fragment
Książki Adama Zalewskiego na ZwB