Kryminał, w którym trup nie ściele się gęsto

08.03.2010

M. Salski, Muzeum falsyfikatów, Warszawa: Wydawnictwo SOL 2008, 302 s.

Czym się różni kopia od falsyfikatu? Czy jest w ogóle między nimi jakaś różnica? Na to pytanie z pewnością odpowie Muzeum falsyfikatów Mirosława Skalskiego. Co więcej, prócz odpowiedzi znaleźć tam można wiele informacji o słynnych obrazach i pasjonujących kradzieżach. Lecz przede wszystkim jest to historia niezwykłego złodzieja, będącego zarazem miłośnikiem sztuki. Przewrotna i bardzo wciągająca historia.

Mirosław Salski jest dziennikarzem telewizyjnym, który ma na koncie także kilka opowiadań i książek. W 2005 roku za powieść Kawaler z odzysku został wyróżniony w ogólnopolskim konkursie Bellony. Autor mieszka i pracuje w Szczecinie, a na Uniwersytecie Szczecińskim wykłada dziennikarstwo.

W przypadku Muzeum falsyfikatów wyjątkowo trudno jest napisać parę zdań o fabule, nie odbierając tym samym czytelnikowi przyjemności samodzielnego jej odkrywania. Nawet na okładce znalazło się niewiele informacji na temat tej historii. Napiszę więc tylko, że książka jest opowieścią o losach niezwykłego chłopaka, zwanego Kustoszem. Młodzieńcze marzenia i ambicje doprowadzają go nie do końca tam, gdzie zaprowadzić powinny. Staje się złodziejem obrazów i dokumentów historycznych o znacznej wartości. Tym razem trafia do niewielkiego kościółka w Starodębach, gdzie – wedle jego przypuszczeń – znajduje się kolejne zapomniane i cenne malowidło. Coś jednak idzie nie do końca zgodnie z planem...

Powieść Salskiego zbudowana jest na zasadzie czasowych przeskoków. Bohater raz jest młodym chłopakiem, raz już statecznym mężczyzną. Początkowo miałam pewien problem z ogarnięciem historii pisanej w taki sposób. Ponieważ przeskok następuje między rozdziałami, to zaczynając kolejny, musiałam zastanowić się chwilę, z jakim okresem życia bohatera tym razem mamy do czynienia. Ten ciekawy zabieg narracyjny sprawia, że nieco inaczej patrzy się na losy Kustosza. Czytelnik zastanawia się bowiem, co takiego przytrafiło się bohaterowi, że jego życie potoczyło się w taki, a nie inny sposób. I lepiej go dzięki temu rozumie.

Polubiłam Kustosza. Wiem, że to złodziej... Ale w jego postaci, losach, niespełnionych marzeniach czy zawiedzionych uczuciach jest coś takiego, co sprawia, że sympatia czytelnika kieruje się właśnie w jego stronę, zamiast w kierunku stróżów prawa. Jak można przeczytać w powieści: „złodzieje dzieł sztuki to po prostu inna kategoria złodziei […] Wytworni, eleganccy i szarmanccy wobec kobiet. I żadnej przemocy! Tylko spryt i przebiegłość” (s. 35). Kustosz jest właśnie taki. Dodatkowo jest niezwykle oczytany i naprawdę pasjonuje go sztuka. Jak więc go nie polubić?

Książkę Salskiego czyta się wyjątkowo dobrze i płynnie. Podoba mi się wyważony humor, z jakim autor nakreśla sytuacje zarówno z młodości bohatera, jak i z jego dorosłego życia. Na uwagę zasługują także doskonale dobrane proporcje pomiędzy dialogami i opisowymi fragmentami powieści, z historyczno-malarskim akcentami. Akurat tyle, ile być ich powinno, żeby budować klimat i dyskretnie rozwijać w czytelniku zainteresowanie sztuką.

Historia Kustosza, zgodnie z zasadami dobrych kryminałów, prowadzi do niezwykłego punktu kulminacyjnego, za który również muszę pochwalić autora. Na okładce napisano, że Muzeum falsyfikatów to „kryminał, w którym trup nie ściele się gęsto”, ale intryga jest z tych z najwyższej półki. Ostatnie kilka stron dosłownie wbiło mnie w fotel. Mocne, zaskakujące zakończenie. Pogratulować pomysłu!

Muzeum falsyfikatów bynajmniej falsyfikatem nie jest. Nie jest i kopią. To interesujący oryginał, choć nie ukryty w złoconych ramach z XVI wieku, ale w zwyczajnej z pozoru książeczce. I nie chroni go żaden system alarmowy. Tylko brać i czytać! Naprawdę warto się skusić. Choć i czytanie może mieć swoje konsekwencje, na przykład w postaci zarwanej nocy lub... zainteresowania malarstwem.

I to kolejny powód, dla którego warto polecić tę książkę.

Marzena Gawlak