Ł. Śmigiel, Decathexis, Lublin: Grasshopper 2009, 264 s.
Makabryczny horror, opowieść spod znaku płaszcza i szpady, steampunk, kryminał w stylu retro i historia niczym z Archiwum X. Łukaszowi Śmiglowi udała się rzecz wcale nieprosta – w jednej powieści wymieszał tak wiele (i tak różnych!) tradycji literackich, zaczerpnął z tak wielu źródeł, że wydawać by się mogło, iż nie może z tego wyjść nic dobrego; a jednak – Decathexis to książka, od której nie mogłem się oderwać i której ciągu dalszego wyczekuję z niecierpliwością.
Akcja Decathexis (pojęcie to oznacza „proces ostatecznego pogodzenia się z tym, że osoba nam bliska, ukochana – umarła i odeszła ostatecznie z tego świata”, s. 29) rozgrywa się w roku 1888, tyle że w świecie Kirkegaardu, świecie nieco odmiennym od naszego. W tej alternatywnej rzeczywistości religią panującą jest kult Morii, czyli Matki Śmierci. Cała kultura, nauka i gospodarka podporządkowane są temu właśnie kultowi. Nie wszyscy jednak godzą się z tym stanem rzeczy. Młody szef Inspektoratu do spraw Umarłych, tanatolog Jon Mathias Pendergast, korzystając z poparcia równie młodej królowej Geneview, stara się przeciwdziałać zabobonom i absurdalnym jego zdaniem obyczajom pogrzebowym („Ludzie tak bardzo bali się i brzydzili martwego ciała, że natychmiast chcieli ukryć je pod obrzędami i odsunąć od siebie związane z nim okropności”, s. 14). Zadanie, którego się podjął, jest jednak o wiele trudniejsze, niż w najgorszych snach mógłby przewidywać.
Po Kirkegaardzie rozlewa się plaga znikających z grobów zwłok wysoko postawionych osób. Na cmentarzach dzieją się rzeczy, od których włos się jeży. Chmary przerażających stworów atakują królewskie okręty i forty. Można by pomyśleć, że to samo piekło rozwarło swe bramy, by wypuścić na świat nieprzebrane rzesze zombie. Pendergast próbuje znaleźć racjonalną przyczynę tego horroru, posiłkując się gadżetami stworzonymi w dziale badań Inspektoratu i ostrzem szpady najlepszego Tancerza Śmierci (to taki kirkegaardzki muszkieter) w kraju, skrywającego się pod maską i pseudonimem Danse Macabre. Bez skutku.
Jak u Dumasa, przeciwnikami obozu królowej są zwolennicy Kardynała, diabolicznego Abaddona La Roche’a. Jego potęga nie wynika tylko z ciemnoty ludu i naiwności warstw uprzywilejowanych, bez zastrzeżeń wierzących we wszystko, co głosi Kościół Matki Morii. Po latach poszukiwań w bibliotekach i na wykopaliskach archeologicznych kapłan natknął się bowiem na coś, co radykalnie zmienić może dalsze dzieje Kirkegaardu.
Książka Śmigla fragmentami poraża brutalnością krwawych i odrażających opisów („Pierwszą oznaką gnicia jest pojawienie się na podżebrzu zielonej plamy. [...] Brzuch rozdziera się i pęka. Mózg staje się papkowatą, szarawą i kleistą mazią, płuca pękają, pozostawiając jedynie miękką, brązową masę”, s.41), częściej jednak zachwyca sensownym połączeniem ich z porywającą akcją, pełną pojedynków na szpady, tajemniczych i mrocznych knowań zakonników wiernych Kardynałowi i opisów zadziwiających machin, jakby z powieści Verne’a. Dodajmy do tego wątek miłosny (a jakże!) i etnologiczno-religioznawczą analizę życia duchowego i obyczajów społeczności kirkegaaardzkiej (np.: „Sekutnicy wierzyli, że po śmierci najlepiej znaleźć się w żołądku ukochanej osoby”, s. 99) – to naprawdę sporo jak na jeden, niezbyt długi tekst.
Literatura grozy to dla Śmigla przede wszystkim rozrywka, ale jak sam przyznaje w udzielonym ZwB wywiadzie, niektóre horrory „pod lukrem rozrywki skrywają drugie dno”. Decathexis zatem to nie tylko okazja do przeniesienia się na czas lektury do wyimaginowanego świata leżącego gdzieś obok naszego, ale również do zastanowienia się nad kwestiami obyczaju i religijnego zaczadzenia, prowadzących do działań nieracjonalnych i często zbrodniczych. Z tego punktu widzenia, zdanie z dziennika Pendergasta: „Nigdy nie wyrażę zgody na to, w co wierzą ludzie dookoła mnie” (s. 152) odczytać można jako manifest autora, protestującego przeciw prostackiej religijności, tak powszechnej przecież nie tylko w Kirkegaardzie.
Już w przedmowie autor zapowiada, że pracuje nad ciągiem dalszym opowieści. I rzeczywiście, zakończenie Dacathexis, choć sensownie zamykające tę pierwszą odsłonę przygód Jona Pendergasta i jego przyjaciół, odsyła do tego, co wydarzy się potem (miejmy nadzieję, że nie Dwadzieścia lat później). A dla tych, którzy jak ja uzależnili się od świata Kirkegaardu, Łukasz Śmigiel przygotowuje co i rusz multimedialne dodatki, udostępniane w sieci – taki marketing literatury to w Polsce wciąż rzadkość (Posłuchaj Decathexis, Decathexis multimedialnie).
Bibliotekarz
Kirkegaard to świat przerażający, bo bardzo prawdziwy - wywiad z Łukaszem Śmiglem