Dzięki uprzejmości Redakcji "Niecodziennika. Pisma Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Hieronima Łopacińskiego w Lublinie" możemy zaprezentować naszym Czytelnikom relację z ubiegłotygodniowego spotkania z Marcinem Wrońskim.
Późnym, nieco już mrocznym popołudniem 6 maja 2009 roku w filii 21 MBP miało się odbyć interesujące spotkanie. Komisarz Maciejewski, przeskakując przez kałuże i szczelnie okrywając się płaszczem, biegł na miejsce zdarzenia. Gdy wszedł w bramę zdziwiła go nieobecność Czarnej Mańki – przecież ona zawsze tu była. Nie zastanawiał się długo nad tym faktem, przekroczył próg Staromiejskiej biblioteki. Poraziła go jasność, kontrastująca z mrokiem panującym na zewnątrz. Dotarł. Zajął miejsce w sali przypominającej wystrojem jego czasy. Choć było to dawno, stroje z międzywojnia stanowiły dla niego rodzaj sentymentu, dzięki któremu cofnął się do najlepszych lat swojego życia. Wiedział, że technika poczyniła wielki krok do przodu, toteż nie zdziwiła go obecność tylu elektronicznych sprzętów. Jeszcze pięć minut i spotkanie się zacznie. „Frekwencja duża” – pomyślał Maciejewski. „Jakieś 50 osób” – dbałość o detale z przeszłości pozwoliła mu na całościowe postrzeganie sytuacji.
Jakiś mężczyzna w okularach rozpoczął przemową. Chyba nie był z półświatka. „Dość elegancki” - pomyślał Maciejewski. Jest i Marcin Wroński. Komisarz znał go doskonale – w końcu Wroński ożywił go na kartach swej powieści. Maciejewski wysłuchał ciekawej prelekcji, obejrzał też dwa filmy wyświetlane na ekranie, zahaczające o erotykę, a podobno pokazywane na Francuskim Festiwalu Filmowym w latach dwudziestych minionego wieku. Nie wiedział, czy to prawda, we Francji nie był.
W tle usłyszał piosenki śpiewane przez Hankę Ordonównę – pamiętał, że uratował ją kiedyś od maniakalnie zakochanego w niej mężczyzny. „To taki dzisiejszy psycho-fan” pomyślał komisarz.
Z rozrzewnieniem słuchał pytań od Czytelników na temat książek, których był bohaterem. Nie mógł uwierzyć, że ma tylu wielbicieli. Na szczęście zawsze występował anonimowo więc był nierozpoznawalny – chyba by nie zniósł, gdyby musiał rozdać setki autografów. Poprzez swoją „niewidzialność” mógł też cały czas, z powodzeniem, kontynuować swoje śledztwa.
Spotkanie dobiegło końca. Maciejewski nałożył płaszcz i wyszedł, tak samo jak przy wejściu, niezauważony przez nikogo. Wychodząc pomyślał jeszcze, że musi regenerować siły, nie może przecież zawieść Czytelników w kolejnej części powieści, która ma się ukazać za rok.
Marta Piasecka
foto
Zob. też Wroński w Europejskim