Kryminalny alfabet gacka - G jak groza

27.05.2010

Oto kolejny felieton popularnej autorki kryminałów Katarzyny Gacek napisany specjalnie dla naszego serwisu. Pora na literę G.

Na wstępie uprzedzam Szanownych Czytelników, że nie powinni się po tym tekście spodziewać zbyt wiele. W sensie siania grozy, oczywiście. Nie nastawiajcie się na zawał, nie liczcie na to, że zjeżą wam się włosy na głowie czy obleją was zimne poty. Jedyne, co mogę obiecać, to, że nikt raczej przy lekturze nie uśnie… Choć właściwie gwarancji nie daję…

Zastanawiając się, na użytek alfabetu oczywiście, jakie funkcje powinien spełniać dobry kryminał, doszłam do wniosku – nie wiem, czy odkrywczego – że dobry kryminał powinien, po pierwsze, stanowić intelektualne wyzwanie dla czytelnika, a po drugie – trochę go jednak przestraszyć. W końcu zbrodnia to zbrodnia, nawet jeżeli tylko na papierze. Umiejętnie opisana, podnosi emocje i sprawia, że co bardziej lękliwe i obdarzone bujniejszą wyobraźnią jednostki, wychodząc z domu, powinny rozejrzeć się czujnie dookoła, czy ktoś nie czyha na nie za winklem ze zbrodniczym zamiarem.

Muszę przyznać z pewną nieśmiałością, że niezależnie, czy przed, czy po jakiejkolwiek lekturze, i tak się boję mnóstwa rzeczy. Na widok pająka dostaję histerii, do dentysty wchodzę na miękkich nogach i od progu błagam o znieczulenie, w życiu też nie wypłynę na wodę, na której nie mam gruntu. Natomiast nigdy, przenigdy nie bałam się samotnych powrotów do domu, nawet jeśli miały one miejsce w późnych i potencjalnie niebezpiecznych godzinach nocnych. Z dużą pewnością siebie, co teraz widzę raczej w kategoriach naiwności, pokonywałam dystans kilometra, dzielący stację kolejki od mojego rodzinnego domu, choć droga prowadziła częściowo wzdłuż lasu... Szłam sobie na luziku, krokiem spacerowym, nie rozglądając się, nie drżąc jak osika i nie zastanawiając, czy czasem ktoś nie wyskoczy na mnie nagle zza drzewa. Jeżeli gdzieś za moimi plecami trzasnęła gałązka, zawsze interpretowałam ten odgłos na moją korzyść, tłumacząc sobie, że to na pewno jakiś pies wybrał się do lasu na nocną wycieczkę w poszukiwaniu przygód. Przy czym myśl, że ów pies mógłby również stanowić potencjalne zagrożenie, jakoś nigdy nie zaświtała w mojej głowie. Może dlatego, że w promieniu kilku kilometrów trudno byłoby znaleźć zwierzę, którego nie podkarmiałabym kanapkami przeznaczonymi do szkoły...

Najwyraźniej dwadzieścia lat temu moja kryminalno-pisarska wyobraźnie nie była jeszcze przesadnie rozwinięta. Prawdopodobnie zresztą dlatego, że zwyczajnie nie miała na czym żerować. Rzeczywistość sprzed ćwierć wieku nie dostarczała zbyt wielu pożywek dla wyobraźni… A może raczej – informacja tej rzeczywistości dotycząca, która przez ówczesne media była dawkowana dość oszczędnie. Na pierwszy plan wysuwały się doniesienia z frontu socjalistycznej walki o dobry świat i lepsze jutro, w którym nie było miejsca na zbrodnię, chyba że popełnioną przez jakiegoś brudnego, zachodniego imperialistę. Telewizja publiczna (innej wtedy nie było, choć część czytelników może temu nie dać wiary) nadawała co prawda amerykańskie seriale kryminalne, czyli „Columbo” i „Kojaka”, ale to, co się w nich działo, było tak egzotyczne, że nie budziło grozy, raczej – zachwyt i pragnienie, żeby nam też tutaj przydarzały się takie wspaniałe, zachodnie przygody jak bohaterom serialu, nawet kosztem utraty mienia, czci czy wręcz życia. Bo śmierć w Ameryce wydawała się dużo bardziej atrakcyjna niż życie w Polsce, a spora rzesza obywateli wierzyła głęboko, że niebo amerykańskie jest lepsze i fajniejsze niż polskie. Zapewne o piekle myślano podobnie…

Pierwsze sygnały, że w naszym kraju również występuje jednak przestępczość, pojawiły się za pośrednictwem serialu „07 zgłoś się”, w którym porucznik Borewicz (dziś Malanowski i partnerzy) skutecznie poskramiał złoczyńców, używając tak wymyślnych gadżetów jak fiat 125p. czy radiotelefon, gabarytami przypominający tom encyklopedii. Następnie „Dziennik Telewizyjny” ustąpił miejsca „Wiadomościom” i okazało się, że nasza rzeczywistość i codzienność jest dużo bardziej skomplikowana i groźna, niż mi się wcześniej wydawało.

W tej zmianie świadomości dużą rolę odegrał też rozkwit prasy lokalnej, bo nic tak nie przeraża jak zło, które się czai tuż obok. Wiem o tym dobrze, ponieważ mieszkam pięć kilometrów od Pruszkowa i w pewnym momencie bardzo wyraźnie zaczęłam odczuwać, że ciemna strona mocy dziwnie się jakoś zaczęła przybliżać.

I wcale nie chodzi o to, że dokoła trup się ściele gęsto, bo tak naprawdę gangsterskie porachunki rzadko kiedy dotyczą osób postronnych. Mam na myśli raczej inne, bardziej subtelne zmiany.

Mojemu starszemu synowi ukradziono w szkole komórkę. Wiem, wiem, to jeszcze nie dramat. W każdym razie na pewno nie finansowy, bo model był mocno przestarzały, i nawet przeszło mi przez głowę, że synek specjalnie porzucił telefon gdzieś na widoku, żeby się go wreszcie pozbyć. Również sam fakt kradzieży nie zbulwersował mnie aż tak bardzo, bo przecież czasami takie wypadki się zdarzają. Co prawda za moich czasów łupem złodziei padały głównie chińskie pachnące gumki… Nieważne…

Incydent miał miejsce na sali gimnastycznej. Na początku lekcji WF dzieci położyły wszystkie swoje najcenniejsze gadżety na parapecie, obok nauczyciela, a na końcu okazało się, że zniknęły dwa telefony, w tym komórka Michała. Po krótkim, acz intensywnym śledztwie okazało się, że jedyną podejrzaną osobą jest Łysy, uczeń gimnazjum i ciemny typek, mający na koncie kilka podobnych, niechlubnych incydentów. Podczas lekcji kręcił się po sali, podchodził do parapetu, ktoś podobno nawet widział, jak chował telefony do kieszeni. W związku z tym chłopak został wezwany w trybie pilnym do dyrektorki szkoły.

O dziwo, pojawił się w gabinecie natychmiast.

Po czym oświadczył:

- Teraz mamy przerwę obiadową. Jedzenie mi stygnie, a ja głodny jestem… - i wyszedł.

Pani dyrektor długo po tym incydencie dochodziła do siebie…

A ja dochodzę do dzisiaj.

To a propos grozy dnia codziennego, która tylko czeka, żeby nam napsuć krwi.

Dlatego dużo większe wrażenie w kategoriach lęku robi na mnie nawet przeciętny polski kryminał niż zagraniczny super bestseller.

A po lekturze Zbrodni niedoskonałej Katarzyny Bondy przez tydzień bałam się po zmroku opuszczać dom. Ta książka, czyli opisy autentycznych spraw badanych przez polskich śledczych i rozpatrywanych przez polskie sądy, zmienia spojrzenie na rzeczywistość. Świat za oknem przestaje być życzliwy i człowiek uświadamia sobie, że tak naprawdę nigdy nie będzie czuł się w nim bezpiecznie.

I co z tego, że złapią bandytę, który wcześniej da nam w łeb?

Zwłaszcza że polskie niebo może pozostawiać bardzo wiele do życzenia.

A o  piekle wolę nawet nie myśleć.

K.

 

Autorka zaprasza do wymiany opinii i wrażeń k.gacek@zbrodniawbibliotece.pl 

 

Kryminalny alfabet gacka